Wszystkie posty oraz zdjęcia w postach na tym blogu są naszą własnością! Nie wyrażamy zgody na kopiowanie, przetwarzanie i rozpowszechnianie tych materiałów w całości lub w części bez naszej zgody. W wypadku naruszenia praw autorskich, na podstawie art. 78, art.81 Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994 r. Dz. U. 1994, nr 24, poz. 83, tekst jednolity: Dz. U. 2006, nr 90, poz. 631, sprawa zostanie skierowana do odpowiednich organów.

sobota, 30 sierpnia 2014

Konkurs "HANIE GADU-GADU"

Ogłaszamy konkurs pt."HANIE GADU-GADU"

Pewnie każdy z blogowiczów, który posiada potomka, przeżył mnóstwo zabawnych chwil związanych z rozmowami-pogaduchami z dzieckiem, z jego zabawnymi wypowiedziami, poprzekręcanymi słowami, śmiesznymi sytuacjami, trafnymi (choć nie koniecznie oczekiwanymi przez słuchających rodziców) komentarzami. 
Dlatego ogłaszamy konkurs. Wszelkie szczegóły znajdziecie TUTAJ

Czekamy na Wasze zgłoszenia!!!

niedziela, 24 sierpnia 2014

Co w mej duszy gra 2 - czyli teraz ja

Wczoraj próbowałem sobie przypomnieć co myślałem, gdy wsiadałem do samolotu rok temu z żoną, dwójką dzieci i podręcznym bagażem. Pojęcia nie mam. Wiem co czułem - strach. To było szaleństwo, jak jazda w ciemno bez trzymanki, ale podobno czasem w życiu trzeba zaryzykować, żeby odmienić swój los, trzeba przejść przez drzwi, choć nie wiesz, co za nimi spotkasz. Wiesz tylko tyle, że zostawiasz pracę, którą kochałeś, a która była źródłem stałego dochodu, ludzi, którzy towarzyszyli Ci przez wiele miesięcy ( lat ) życia. Wiesz, że rezygnujesz z mieszkania, które wynajmowałeś, sprzedajesz lub rozdajesz wszystko co miało dla Ciebie jakieś znaczenie, począwszy od mebli, a skończywszy na płytach CD. Zostawiasz za sobą to wszystko i jedziesz w świat, który znasz tylko wirtualnie i z opowiadań jedynej osoby, która wyciągnęła do Ciebie rękę, która sama postanowiła Ci pomóc. Nie wiesz czy Jej wierzyć, nie wiesz ile z tego co opowiadała, ma pokrycie w realnym życiu. Ale już postanowiłeś. Kupiłeś bilety. Siedzisz w samolocie z Rodziną i masz tylko to, co leci z tobą. Nic poza tym. Nie masz dokąd wrócić, bo są to drzwi, po których przekroczeniu nie ma powrotu. Dziś z perspektywy czasu uderzam się w głowę i zastanawiam się gdzie ja wtedy miałem głowę? Czy byłem aż tak odważny, aż tak szalony czy aż tak zdesperowany? A co by się stało, gdybyśmy wysiedli na lotnisku i nie byłoby tam nikogo, kto by nam pomógł? Ale był, a w zasadzie była - A****. To osoba, która odezwała się do nas poprzez internet. To Ona poprzez długi nocne rozmowy otworzyła nam oczy na inny świat, to w zasadzie dzięki Niej podjęliśmy decyzję o tym, że warto spróbować, że warto postawić wszystkie karty na stół i spróbować trafić "oczko". To Ona pomogła nam w nocy wydostać się z lotniska, przenocowała, pomogła wynająć pierwsze mieszkanie i podarowała nam kilka rzeczy na start. Nic nie musiała, nic nie chciała za to, zrobiła to z dobrego serca. To pierwsza osoba, którą poznaliśmy "po drugiej stronie drzwi". Dziękujemy jeszcze raz A****.

Pierwsze dni nie były łatwe. Wszystko było nowe, wszystko obce, wszystko inne. A przede wszystkim portfel. Portfel był pełen tylko na jeden miesiąc - wiedzieliśmy, że jeśli do tego czasu nie znajdę pracy ( co przy podstawowej znajomości języka angielskiego było brane pod uwagę ), będziemy mieć poważny problem. Wszystko było wyliczone, każda opłata, każdy wydatek. Dlatego też szukaliśmy pracy intensywnie. Czasem jednak trzeba było zjeść obiad lub po prostu odpocząć. Choć nie powiem - zdarzały się momenty, że A**** dopingowała nas do porzucenia nawet tych chwil i poszukiwania pracy bez ustanku :). Martwiła się o nas, czuła się w pewien sposób odpowiedzialna za nas - rozumieliśmy to.W tym czasie pierwszy raz poznaliśmy "Polaka" po odwrotnej stronie medalu. Celowo napisałem te słowo w cudzysłowiu - w końcu trudno pisać Polak o zwykłej szmacie. Cóż takiego się stało? W poszukiwaniu pracy, oprócz chodzenia i roznoszenia CV osobiście, pomagałem sobie wysyłając setki CV do potencjalnych pracodawców, odpowiadając również na polskie ogłoszenia. Owa wspomniana menda odpisała mi, że teraz jest trudno o pracę, ale chętnie dwa razy w tygodniu spotka się z moją żoną w wiadomym celu, płacąc 30f za spotkanie, co dałoby nam jak to nazwał "w tej trudnej sytuacji" 240 f miesięcznie. Ma szczęście s******** , że nie udało mi się go namierzyć.
Po dwóch tygodniach znalazłem pracę w której "zatrzymałem się" na rok. Praca była ciężka, ale dzięki niej poznałem różnych ludzi, których podzieliłem na Przyjaciół ( nie licząc tych z Polski ), Powietrze, Pomyłka oraz GMTO. 

"Przyjaciele" 
 A*** i jego wspaniała żona K***** - osoby bliskie naszemu sercu, które są naszymi bratnimi duszami. Lubimy się z Nimi spotykać. Oczywiście nie widujemy się często ze względu na brak czasu, ale każde spotkanie nas cieszy i ładuje pozytywną energią. To z Nimi możemy porozmawiać o wszystkim, to od Nich otrzymaliśmy wiele ciepła, to u Nich spędziliśmy drugi dzień świąt, które na obczyźnie przeżywa się wyjątkowo ciężko, gdy Rodzina daleko. Poza tym wiele im zawdzięczamy - na razie nie mamy jeszcze samochodu, a za każdym razem kiedy potrzebujemy, A*** jeździ z nami i pomaga nam w załatwianiu spraw. Można by rzec "prawdziwych Przyjaciół poznaje się w biedzie". Mam nadzieję, że kiedyś my będziemy mogli Im w czymś pomóc i odwzajemnić wyciągniętą do nas rękę.
Do przyjaciół zaliczam też J*******, choć łączą nas częściej wspólne przejazdy do pracy oraz pogaduchy. Jednak to człowiek, który jest otwarty, uczciwy, pomocny ( dobrze mówi po szkocku i kilka razy nam pomógł w sprawach urzędowych ), a przede wszystkim nie jest chciwy, w przeciwieństwie do kilku innych osobników o których poniżej.

"Powietrze"
Znalazłoby się ich kilkoro. Ludzie, których się omija, gdyż tak naprawdę nie ma się wspólnego języka lub co gorsze ma się zgoła odmienne zdanie niż oni w większości spraw. Tacy ludzie ( głównie chodzi mi o trzech typków w kapturach, z którymi pracowałem przez 2 miesiące w pierwszym miejscu pracy ) dziwią się, że ja przenosząc boxy z jagodami nie otwieram jednego z kilkudziesięciu małych pudełek i nie podjem sobie trochę. Dziwią się, że nie chodzę do toalety na dłużej, bo przecież "nie może mi nic pracodawca zrobić", dziwią się, że pracuję szybciej niż oni, zamiast przebierać noga za nogą. Nie ma dla nich problemu, że pierś z kurczaka która upadła na podłogę i którą "przypadkowo" nadepnęli, wrzucają z powrotem do pudełka do sprzedaży. To tylko przykłady, ale z takimi ludźmi dzieli mnie nie morze a wręcz ocean różności. I traktuję takich ludzi jak powietrze - są, czasem trzeba coś odpowiedzieć, coś wspólnie ustalić co dotyczy pracy, ale generalnie nie zwraca się na nich uwagi. Bo po co. Nie da się zmienić czyjegoś myślenia na siłę, kiedy człowiek jest już ukształtowany i od dzieciństwa pewne zachowania ma wpojone jako normalne. Dla mnie okradanie pracodawcy, czy traktowanie jedzenia jak śmieci jest nie do przyjęcia.

"Pomyłka" i "GMTO"
To boli. To cholernie boli, kiedy komuś zaufasz, kiedy myślisz, że spotkałeś kogoś, kto czuje jak Ty, kto jest twoim Przyjacielem, a okazuje się, że ten ktoś nie tylko udaje kogoś, kim nie jest, to jeszcze obgaduje Cię z innymi znajomymi przez telefon czy na czacie. Tu w Szkocji na szczęście do takiej pomyłki jeszcze nie doszło. Spotkałem natomiast kilkoro Polaków, którzy nie tylko nie pomagali swoim rodakom w potrzebie, a wręcz przeszkadzali lub utrudniali ich drogę do szczęścia. To ludzie typu G czyli gówno mnie to obchodzi. Ich nie obchodzi, że np. nie masz jak dojechać do pracy, że dopiero starujesz w nowym życiu. Pierwszą taką była W**** z którą pracowałem w B*******. Zapytałem drugiego dnia pracy ( pierwszego dnia szedłem tam i z powrotem piechotą 80 minut ) czy mogłaby mnie podwieźć odpłatnie do miasta w którym razem mieszkamy. Dodam, że pracowaliśmy razem w magazynie, roznosząc produkty spożywcze na palety. Odpowiedziała mi, że "nie będzie sobie brudzić samochodu". Nie powiem. Czułem się wtedy, jakbym dostał w twarz i to od razu z obydwu stron. Więcej nie poprosiłem. Drugim Polakiem był P**** z jednej z agencji zatrudnienia, do których udałem się w pierwszych tygodniach. Podczas rozmowy kwalifikacyjnej ów człowiek wypytał mnie o wszystko, po czym stwierdził: "Pan jest nauczycielem, Pan nic nie umie". Do dziś mam niepowstrzymaną ochotę napisać do niego kilka słów... Jego nie obchodziło, że jestem sumiennym pracownikiem. On czuł się "wielki", że mógł odmówić komuś takiemu jak ja.
Poza wspomnianymi osobami była też A****, obszerna kobieta z polskiej wsi, pracująca w tej samej firmie co ja, która uznawała za noc straconą, jeśli kogoś nie poobgadywała, nie wyśmiała, nie rzuciła w kogoś fragmentem palety czy nie doprowadziła kogoś do łez. Jej nie obchodziło, że gdy była w pracy, atmosfera była napięta do granic możliwości, a w dni, gdy jej nie było, było cicho i spokojnie. Przykłady można by mnożyć, ale zakończę na jednym - na osobach, które nazywam "zarabiaczami". To Polacy, którzy dowożą do pracy innych Polaków, ale pobierają od nich opłaty. Nie myślę tu o zwykłej opłacie 1f, która jest oczywista. To osoby, które pobierają dwa funty od osoby za kurs w dwie strony, przewożąc czworo pracowników. Droga do pracy wynosiła 5 km. Czyli za 10 km pobierali 8f. Paliwo kosztuje 1,3f. Załóżmy, że samochód pali 8 litrów na 100 km ( choć uważam, że 7 ). Czyli na 10 km wypali 0,8 litra. To około 1,1f. Czyli po jednym dniu pracy kierowca ma 7 f na czysto. Za miesiąc to 140 funtów. Chyba zbyt dużo jak na pobieranie pieniędzy a konto utrzymania samochodu. Za to ładny dodatkowy zarobek...

Na szczęście etap tej pracy mam już za sobą. Obecnie pracuję w dużo mniej wymagającej fizycznego wkładu pracy i mamy fajną "załogę". Mam nadzieję, że do lipca przyszłego roku nie będę musiał jej zmieniać. Podoba mi się. Nawet bardzo. Przede wszystkim jest na rano, a południa i wieczory mamy dla siebie.Jest cudownie.

Powrócę na koniec do "Pomyłek". Jak już wspomniałem - tu w Szkocji na szczęście do takiej pomyłki jeszcze nie doszło. Ale wciąż w głowie mi szumi po uderzeniu jakie otrzymałem od kogoś, po kim bym się tego nie spodziewał. I był to atak nie na mnie, ale na moją żonę.
Zwrócę się bezpośrednio do tej osoby - było to podłe. Tak się nie robi komuś, kto uważa Cię za najbliższą Przyjaciółkę. Moja żona zaufała, ja poznałem się szybciej, że coś jest nie tak. Dobrze, że wtedy się zorientowała. Niestety, wiara w ludzi dzięki Tobie zmalała. Ale wybaczam. Chcę to zostawić za sobą, mieć spokój. Nie próbuj odbudować kontaktu, bo tego nie chcemy. Uszanuj to proszę.

Na koniec chciałbym wysłać gorące pozdrowienia wszystkim, których nam brakuje - Rodzinie, Przyjaciołom ( Kasi i Celince, Ewie z Rodzinką, Ani z Rodzinką ), Kasi z Chorzowa z Rodzinką ( nigdy nie zapomnimy ), Marcie z Rodzinką, A**** i P*****, Izie z Siemianowic z Rodzinką, Monice ( trzymam kciuki za twój taniec ) i Mateuszowi, "Szansie", koleżankom i kolegom z byłej pracy i wszystkim, których zapomniałem wymienić. Adam


"Jedno serce, dwie Ojczyzny"

PS. Bardzo prosimy o nie wysyłanie komentarzy, że to ten czy ta osoba skrzywdziła Żanetę, ponieważ nie ujawnimy o kogo chodzi. To nie było celem tego posta. To zapewne nikt kogo znacie, więc nie domyślajcie się. My wiemy o co chodzi, druga strona też i niech tak pozostanie.

czwartek, 14 sierpnia 2014

Co w mej duszy gra

Wreszcie przysiadłam i postanowiłam coś napisać. Ostatnio mało angażuje się w naszego bloga, jakiś brak chęci i czasu na notki powoduje u mnie blokadę pisania. Wszystko zwalam na Adama, to On zajmuje się blogiem i jestem mu bardzo wdzięczna za to, że mu się chce. Lubię kiedy są posty z nowo poznanych miejsc i wiem, że Adam najlepiej opisze wszystko i wybierze najpiękniejsze zdjęcia. Tym razem postanowiłam napisać coś od siebie, o moich emigracyjnych odczuciach i jak ja na to wszystko patrzę. Zmobilizowałam się, i teraz na pewno postaram się bywać tu częściej jako autor postów, a nie tylko odpowiadając na komentarze, co lubię czynić :) 

Najważniejsze co chcę napisać - jestem szczęśliwa, dzieci nie chorują ( odpukać ), odkąd zmieniliśmy mieszkanie, co ogromnie mnie cieszy. Michał każdej nocy kaszlał, często Misiaki były przeziębione, a teraz zapomniałam co to choroba ( u dzieci ). Ja mimo mojej ciągłej alergii jestem pełna życia, choć czasem mam dość i odcięłabym sobie ten nos. Nie wiem, czy ktoś umie sobie wyobrazić codzienny katar, wodę z nosa i ciągle zatkany nos... i tak od pół roku? Dziennie idzie tona chusteczek, a ja marzę tylko by był dzień, w którym nie kicham i robię śniadanie bez trzymania chusteczki przy nosie. I tak jest dużo lepiej, bo czuję zapachy i dobrze odczuwam smak, ale katar alergiczny został, a do tego drapanie w gardle. Czas wybrać się do lekarza, a najlepszy czas na to będzie jak zacznie się szkoła, bo wtedy nie musimy ciągać dzieci ze sobą. Poproszę o testy na co jestem uczulona, i może dostanę jakiś środek do nosa. To będzie już pełnia szczęścia kiedy skończą się te moje zdrowotne problemy. 
A co po za tym?
Szkocja to mój dom, czuję się tu bardzo dobrze, przestałam tęsknić za Polską. Lubię to miejsce, tych ludzi w większości miłych i sympatycznych. Do klimatu przywykłam i mi odpowiada, nie ma upałów, ani srogich zim, często pada drobny deszcz, a nie ulewy czy burze. Zresztą odkąd tu jesteśmy burzy jeszcze nie było. Częściej wieje, co mi nie przeszkadza. I jedyne czego mi brak to lepszego porozumiewania się, ale daję radę. Staram się i wreszcie nie boję się odezwać :P 
Panuje tutaj taki spokój, który mnie wciągnął, i wreszcie mam wieczory z mężem, nie ma gonitwy, szybko po dzieci do przedszkola, potem obiad, bo tata zaraz do pracy. Teraz to Adam wraca na obiad i już mamy czas dla siebie. Nie lubię być sama w nocy, dużo lepiej zasypia się, kiedy ma się przy sobie ukochaną osobę. Adam ostatnie dwa dni pracuje po 10 h i wziął dodatkową sobotę. Wiem, że robi to dla nas, i widzę, że jest zmęczony, ale nie narzeka, tylko jeszcze idzie umyć naczynia po obiedzie. Z nowej pracy jest zadowolony, choć jest jedna taka co się na Polakach wyżywa, bo "superwajzor" jest i dumna jak paw. Ale nie ma się co przejmować, tylko robić swoje.
Zmiany u nas na lepsze, więc tylko się cieszyć. Ostatnio Adamowi połamały się okulary, w PL to wiązałoby się z ogromnymi kosztami za nowe oprawki i szkła. Tutaj zapłaciliśmy jedyne 30f za okulary razem z dokładnym badaniem wzroku. I kto by się spodziewał, w tak małym punkcie optycznym, taka profesjonalna obsługa. Po roku pobytu nadal nas coś nowego zadziwia i pewnie nie raz nas coś zaskoczy.
Tak sobie rozmawialiśmy kiedyś z Adamem, że przyjaźń na odległość nie zdała egzaminu, nie ma już takiej więzi, i jest dużo mniejszy kontakt, a jeszcze samemu trzeba o sobie przypomnieć, bo miło jest pogadać i opowiedzieć sobie co nowego, co słychać. Dlatego też z tego miejsca chce bardzo podziękować wiernym przyjaciołom A. i P. za to, że są , że się często widzimy na Skype, za ich pomoc i zainteresowanie, oraz za pogaduchy o wszystkim, dobrze mieć takich przyjaciół jak Wy, szczerych i prawdziwych. 
Oczywiście nie mogę doczekać się spotkania z naszymi przyjaciółmi, choć kontakt zmalał, wiemy, że jesteście i jak tylko będziemy w PL to się zobaczymy ( Celinko i Ewo ) a Kasia może do nas kiedyś zawita? Kto wie ? 
W Szkocji również poznaliśmy wspaniałych ludzi ( Polaków ). Kolega Adasia, też Adam to wspaniały przyjaciel, pomocny i bezinteresowny, ma super rodzinkę, a dzieci uwielbiają ich 10-letnią córkę Paulinkę. Kiedy się odwiedzamy zawsze czas za szybko leci, bo tak jest w dobrym towarzystwie, zawsze są śmiechy oraz poważne rozmowy o życiu. Krysia robi najlepsze drinki pod słońcem. Miło jest mieć gości lub być gościem, bardzo lubię taki wspólny czas :) 

Rozpisałam się, to co chciałam to chyba wszystko napisałam, więc pokaże Wam ostatnie zdjęcia z wieczornego spaceru podglądając króliki, gdyż jest ich tu bardzo dużo. Nam z Adamem udało się zobaczyć nawet lisy, podczas wspólnego spaceru bez dzieci. 

Nie miałabym nic przeciwko, gdyby w domu kochali się tak jak na dworze :P
 Uwielbiam....
 Adaś prosił - " stańcie obok siebie", na co oni buziaczkami się obdarowali, a ja "szybko cykaj, bo to się może nie powtórzyć " :)
 Najlepsi przyjaciele
Pozdrawiam 
Mama Żaneta

niedziela, 10 sierpnia 2014

Bo pierwszy dzień w szkole zdarza się tylko raz

Idziesz do szkoły, a z Tobą Twoi Przyjaciele,
śpiewasz wesoło, bo przygód czeka Cię wiele.
Wie mama, wie tata, wie każdy z nas,
do pierwszej klasy idziesz w życiu jeden raz.
Nie będziesz mieć tornistra, w nim zeszytów i książeczek,
nie będziesz też miała piąteczek czy jedyneczek,
będziesz mieć za to tarczę ze szkolnym logo oraz mundurek,
będzie się za Tobą ustawiał chłopców sznurek
Wszystkiego najlepszego Michalinko! Trzymamy za Ciebie kciuki! 
                                                               Mama, Tata oraz Michałek

niedziela, 3 sierpnia 2014

IBI PATRIA, IBI BENE

Dzisiaj długi post, więc jeśli nie macie czasu wróćcie w wolnej chwili :) Chcielibyśmy nadrobić zaległości, opowiedzieć co u nas działo się w ostatnim tygodniu, a wszystko to przeplatać wykonanymi zdjęciami. Najpierw wracamy do momentu przeprowadzki - wówczas nie pokazaliśmy Wam zdjęć naszej sypialni, gdyż była ona "centrum dowodzenia" i to w niej stały wszystkie kartony, zbędne rzeczy itp. Dzisiaj możemy już pokazać jak na ten moment ona wygląda ( kilka rzeczy w najbliższym czasie jeszcze się u nas zmieni ).
Nie jest to jakiś ekskluzywny pokój, ale też nie o to nam w życiu chodzi :) Chcemy żyć w ładnym i estetycznym otoczeniu, dostosowanym do naszej wrażliwości i potrzeb. Zawsze będzie ktoś kto powie, że to i tak luksus w porównaniu do innych, a będą też tacy którzy stwierdzą, że co to za warunki, że taki skromny pokój, że wyjechali do UK a biedują. Zupełnie nas nie obchodzi zdanie innych - my wiemy jak chcemy mieszkać a jak się komuś nie spodoba, to jego problem :)
Wracając do teraźniejszości - babcia wyjechała. Ale zanim to nastąpiło, odwiedziliśmy jeszcze kilka miejsc ( do kilku wróciliśmy ) i tyle ile było można, nacieszyliśmy się sobą. Poniżej relacja zdjęciowa z ostatniego tygodnia pobytu babci :)
Zwiedziliśmy Airdrie - to spokojna miejscowość, ale ze swoim cudownym szkockim klimatem
Pochodzenie nazwy Airdrie nie jest pewne. Pojawia się najpierw w Rejestrze Wielkiej Pieczęci Szkocji (Registrum Magni Sigilii Regum Scotorum) w 1373r. jako Ardre. W 1546r. pojawia się nazwa Ardry, a w 1587r. Ardrie. W końcu dzisiejsza nazwa Airdrie pojawia się w 1630 roku.
Biorąc pod uwagę topografię terenu, można domniemywać, że nazwa pochodzi od Gaelic An ARD Ruigh co oznacza wysokie pastwiska. Drugą możliwością jest Gaelic Ard Reidh oznaczającą wysoką równinę.
Bardzo ważnym aspektem w historii miasta byli cysterscy mnisi Newbattle Abbey , stąd nazwa dla szerszego obszaru - Monklands. Mnisi byli rolnikami i w większości uprawiali ziemie znane jest dziś jako "Cztery Wyspy" (osiedla nazwane po czterech szkockich wyspach): Mull , Islay , Iona i Luing w obszarze Petersburn. Mnisi z Newbattle mieli liczne zakłady na całym obszarze w tym w gospodarskim folwarku w Drumpellier, w Coatbridge i wiele młynów kukurydzy. Mnisi byli również ekspertem w budowie dróg . W XII wieku poprowadzili drogę z Glasgow do Edynburga poprzez Airdrie i Bathgate , aby połączyć ją z ich ziemią w Newbattle w East Lothian .
W tamtych czasach podróżowanie było często niebezpieczne. Konie były nadal rzadkością i w posiadaniu jedynie przez bogatych. Poza zbudowaną drogą zwykle bardzo trudno było się poruszać ze względu na liczne bagna i lasy,  nie wspominając już o możliwości zasadzki przez rabusiów.
Dlatego pierwsze domy w Airdrie zostały postawione przy drodze. Rozwój miasta był powolny i dopiero około 1650r., Airdie osiągnęło liczbę 500 mieszkańców.
Istotnym wydarzeniem w historii Airdrie było uchwalenie w 1695r. specjalnej ustawy parlamentarnej w Parlamencie Szkockim pozwalającej Robertowi Hamiltonowi z Airdrie do organizowania czterech jarmarków w roku i cotygodniowego targu w mieście "Airdry". To pomogło rozwinąć się Airdrie.  Jednak Airdrie naprawdę zyskało sławę dzięki swojemu przemysłowi tkackiemu. Towarzystwo Tkaczy z Airdrie zostało założone w 1781 roku, a len był uprawiany w szesnastu gospodarstwach w okolicach Burgh . W ostatniej dekadzie XVIII wieku rozwinęło się także wydobycie węgla. To spowodowało, że na przełomie XIX wieku miasto liczyło już 2500 mieszkańców.
W 1821r. odbyły się pierwsze wybory z rady miasta  i powołano lokalnego prokuratora oraz kapitana policji.
W 1824 r. podjęto decyzję o budowie Domu Miejskiego, który został zaprojektowany przez Aleksandra Bairda i obecnie znany jest jako lokalny punkt "zegar miasta". W 1832 roku Dom Miejski był wykorzystywany jako szpital z powodu cholery, która wybuchła właśnie tego roku.
Około roku 1850, populacja wzrosła do 12.418.
Ogromny wzrost populacji nie był ze względu na wysoki wskaźnik urodzeń, lecz ze względu na napływ nowych mieszkańców głównie z Irlandii . Nastąpiło to po głodzie, który wystąpił na tamtym obszarze w połowie 1840 roku, a także było odzwierciedleniem zmian od chałupnictwa do przemysłu ciężkiego w tym obszarze. Większość imigrantów z Irlandii była zaangażowana w górnictwo. Doprowadziło to do wzrostu kowalstwa i odlewni na całym obszarze. Z powodu tego wybuchu w przemyśle powstało bezpośrednie połączenie kolejowe do Edynburga ze stacji Airdrie Południowa zapewniając punkt wyjścia dla pociągów do Glasgow ( po roku 1862 )

W sierpniu 1853r. Ustawa o Bibliotekach publicznych (Szkocja) została przyjęta, a w listopadzie Biblioteka Publiczna w Airdrie stała się pierwszą w Szkocji.
W 1896r. powstało Airdrie Observatory - jeden z zaledwie czterech obserwatoriów astronomicznych publicznych w Wielkiej Brytanii (drugi najstarszy i najmniejszy) – Obserwatorium powstało w pierwszym budynku biblioteki.
Pod koniec pierwszej wojny światowej  Airdrie zostało dotknięte z powodu wielu ofiar wojny. Wielu mieszkańców również wyemigrowało w tym czasie. W związku z tym liczba ludności wzrosła tylko o 3% do około 26000 do 1931r.. Miało to ogromny wpływ na miasto i kilku dobrze znanych producentów przestało istnieć, a 50% ludności było zarejestrowanych jako bezrobotnych. Grupy kościelne próbowały zapewnić pewien komfort dla biednych ludzi w okolicy i tworzyły w tym celu projekty, które miały za zadanie pomoc społeczności lokalnej.
Warunki w mieście tak naprawdę nie poprawiły się jeszcze  długo po II wojnie światowej , ale w 1949r dwie firmy przyciągnęły do miasta nowych mieszkańców, zatrudniając w sumie 1200 osób.  Wówczas nowe firmy zaczęły rozważać Airdrie jako realne rozwiązanie dla biznesu. Pojawiły się osiedla przemysłowe również powszechne w tym czasie (Newhouse, Chapelhall i Brownsburn). W 1967r. otwarto Airdrie Centrum Sztuki w budynku dawnej Biblioteki Airdrie i pozostało popularnym miejscem koncertów i spektakli, aż do zamknięcia w 2012 przez North Lanarkshire.
 Pomnik poświęcony poległym w I wojnie światowej
W 1970 nastąpiło otwarcie Szpitala Monklands , który zastąpił starszy szpital rozebrany w 1964 roku.
Dzisiejsze Airdrie zmieniło się znacznie w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Powstał nowy system drogowy, zmodernizowano główny deptak, powstały też nowe kompleksy mieszkaniowe.
Airdrie posiada oznakowanie w języku Scots Gaelic wokół centrum miasta (obok angielskiego). Wprowadzono to po raz pierwszy w 1993 roku w Royal National Mod .
 Z Airdrie pojechaliśmy do Hamilton, aby "dokończyć dzieła" czyli zrobić zdjęcie kolejnym koniom o których wspominaliśmy TUTAJ.
Misia momentami prezentowała się jak manekin w witrynach okiennych :)
 Gdy już zebraliśmy wszystkie litery potrzebne do ułożenia hasła, wrzuciliśmy nasze kupony do specjalnej urny - teraz czekamy na wyniki konkursu :)
Przy poniższym koniu podeszła do nas starsza Pani i powiedziała, że nasza córcia wygląda przepięknie i że będzie z niej modelka. To się jeszcze okaże :)
 A przez cały ten dzień jeździliśmy autobusami firmy FIRST za całe 4 funty ( 2 osoby dorosłe i 2 dzieci ). Babcia miała swój bilet całodniowy za 2 funty.
 Kolejne miasto to Coatbridge. Pozwólcie jednak, że to miasto opiszemy bardziej szczegółowo za jakiś czas, gdyż jest to miasto z długą historią i jest o czym pisać w osobnym poście. Zaznaczę tylko, że całkiem niedawno odkryto przy autostradzie biegnącej przez Coatbridge monety rzymskie, które są pozostałościami rzymskiej drogi. Ale o szczegółach opowiem w niedalekiej przyszłości.
 W kolejnym dniu wróciliśmy do Glasgow, gdzie odbywały się XX Commonwealth Games. Jest to największe wydarzenie w historii z udziałem około 4950 sportowców z 71 różnych krajów i terytoriów, konkurujących w 18 różnych dyscyplinach sportowych.
Najpierw odwiedziliśmy Kelvingrove Art Gallery and Museum (Muzeum i Galeria Sztuki Kelvingrove). Jest to pierwszym założone w Glasgow i całej Szkocji muzeum i posiada jedne z największych zbiorów sztuki w Europie.
Kelvingrove położone jest w zachodniej części miasta, przy brzegu rzeki Kelvin. Galeria została zaprojektowana przez John W. Simpsona, a jej otwarcie nastąpiło w 1901 roku. Budynek zbudowany jest w stylu hiszpańskiego baroku i zachowuje typową dla mieszkańców Glasgow tradycję używania czerwonego piaskowca. Kevingrove posiada jeden z najpiękniejszych zbiorów rękodzielnictwa i militariów na świecie oraz pokaźny zbiór malarstwa.
Po zamknięciu obiektu w 2003 roku, a następnie długiej i kosztownej renowacji 11 lipca 2006 nastąpiło ponowne otwarcie Kelvingrove. Ceremonii przewodniczyła sama Elżbieta II. Koszt prac wyniósł 28 milionów funtów ( za Wikipedia ).
 W drodze do kolejnego punktu zwiedzania, Misia nie zapominała dodawać nam uciechy, zaczepiając napotkane dodatkowe "atrakcje".
Później udaliśmy się w kierunku rzeki Clyde, aby uczestniczyć w największej flotylli która kiedykolwiek płynęła rzeką Clyde w Glasgow. Flotylla przypłynęła oczywiście w ramach Commonwealth Games. Wzięło w niej udział ponad 1900 żeglarzy na 250 jednostkach pływających z różnych krajów. Spektakl oglądało ponad 10 tysięcy osób.
W jednym ze statków przypłynął Andy Gallacher, pochodzący z Partick w Glasgow, który na początku 1958r. popłynął rzeką Clyde w wieku 16 lat, jako chłopiec pokładowy i nigdy nie wrócił tam mieszkać. To była pamiętna podróż powrót statkiem do swojego "portu macierzystego", zarówno dla Andy'ego jak i  jego brata Jima, który podróżował z Vancouver.
 Nad całością czuwała policja, wyposażona w najnowocześniejszy sprzęt
 Ludzie stali nawet na okolicznych mostach i kładkach
 Całość nadawała stacja BBC, która ma swój oddział właśnie nad rzeką Clyde
Będąc już nad rzeką Clyde, zwiedziliśmy statek Glenlee, zbudowany w 1896 roku dla właścicieli Glasgow jako statek towarowy.  W dniu 13 grudnia 1896 roku zaledwie dziesięć dni po uruchomieniu w pełni uzbrojony i zdatny do żeglugi wyruszył do Liverpoolu , a stamtąd do Portland w stanie Oregon . Przez 23 lata przewoził ładunki w ramach Red Ensign przez Przylądek Dobrej Nadziei do Australii, a z powrotem przez przylądek Horn. Od 1922 był statkiem szkoleniowym w hiszpańskiej marynarce wojennej. Obecnie jest to statek muzeum w Muzeum Riverside na Pointhouse Quay, Glasgow, znany jako The Tall Ship w Port Glasgow.
Od czerwca 2011 roku statek został otwarty w nowym Glasgow Muzeum Riverside
 Dzieci po wejściu na pokład zabrały się ostro do pracy
Babcia skoncentrowała się na zdjęciach...
 mama Żaneta też...
 ... a dzieci nadal szorowały :)
 W końcu ponownie zainteresowały się przepływającymi statkami w ramach flotylli Commonwealth Games
 Później zwiedziliśmy to co pod pokładem :)
 Widok z dziobu :)
 "Ty jesteś moim sterem, żeglarzem, okrętem"
 Ja i mój brat bliźniak :P
 A na koniec dnia wybraliśmy się na obiecaną przejażdżkę autobusem piętrowym po Glasgow ( w cenie całodniowego biletu )
 Po powrocie do domu przywitała nas podwójna tęcza :)
 Ostatni dzień - dzień wyjazdu babci spędziliśmy w Edynburgu
 To ja w lustrze - tylko gdzie moja głowa? Pewnie uciekła tak jak resztki rozumu :P
 Ale mamy wysokie dzieci :)
 :)
 8 miesięcy temu babcia zrobiła sobie w Edynburgu zdjęcie z Panem grającym na dudach. 
Tym razem znów go spotkaliśmy :)
 Droga na lotnisko - Michał usnął z nadmiaru wrażeń
 Przed lotniskiem w Edynburgu
 Pożegnanie
Dzieci zaczęły rozumieć, że to już rzeczywiście koniec wizyty babci
 Tulańcom nie było końca
 Babcia zniknęła za "bramkami", a Misia nie potrafiła długo opanować łez. 
Nasza pięciolatka jest coraz starsza, coraz więcej rozumie...

Ibi Patria, ibi bene - tam Ojczyzna, gdzie dobrze. 

Minął rok, rok cudowny, rok radosny, a zarazem smutny, bo związany z rozłąką. Jest nam tu dobrze, to nasza nowa Ojczyzna, ale potrzeba też, aby nasi bliscy byli bliżej. Wtedy nic do szczęścia już nam nie będzie brakowało...
                                               Tata Adam