Wszystkie posty oraz zdjęcia w postach na tym blogu są naszą własnością! Nie wyrażamy zgody na kopiowanie, przetwarzanie i rozpowszechnianie tych materiałów w całości lub w części bez naszej zgody. W wypadku naruszenia praw autorskich, na podstawie art. 78, art.81 Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994 r. Dz. U. 1994, nr 24, poz. 83, tekst jednolity: Dz. U. 2006, nr 90, poz. 631, sprawa zostanie skierowana do odpowiednich organów.

czwartek, 15 sierpnia 2013

O szukaniu pracy, wózkach sklepowych, kolejkach do taksówek i troskliwości miejscowych :)

Witajcie kochani.

Nawiązując do komentarzy pod poprzednim wpisem, chcielibyśmy podziękować wszystkim za ciepłe słowa. Cieszymy się, że są ludzie, którzy mają dobre serca i trzymają za nas kciuki. Przepraszamy za długą nieobecność, ale chcieliśmy „trochę” tu pożyć, żeby napisać coś konkretnego. Tak więc zaczynamy podróż przez codzienne szkockie życie…

Przez pierwsze dwa tygodnie każdy dzień zaczynałem praktycznie od przeglądnięcia nowych ofert pracy. Wstawałem o 5 – 6 rano i do 7.00 miałem już w jednym palcu ogłoszenia z kilku najważniejszych stron na których ogłaszają się pracodawcy. Około 8.00 kończyłem wysyłanie  e-maili z CV na wybrane oferty. Jednak nie przynosiło to rezultatów, więc poszedłem osobiście do jednego z lokalnych pracodawców. Dzięki temu od kilku dni mam pracę. Nie jest to jeszcze full time, ale wierzę, że z czasem i to mi się uda. Praca nie należy do najłatwiejszych - jest to praca fizyczna, polegająca na rozdzielaniu produktów na konkretne palety. W ciągu godziny trzeba „przerzucić” 200 wypełnionych kartonów ( w ciągu dnia 1250 ). Trzeba się szybko poruszać i szukać palet z największą ilością kartonów, gdyż wtedy wyrabia się limit. Na razie mam poranną zmianę. Zaczynam o 7.00, a kończę ok. 14.00. Wychodzę z domu o 5.30, a wracam o 15.15, więc „kawałek” do pracy mam.

Miasteczko w którym mieszkamy jest ładne i spokojne. Oczywiście jak wszędzie zdarzają się jednostki aspołeczne, ale nie ma porównania z Katowicami. Wyjątkiem są sklepowe wózki, a konkretnie to co się z nimi wyprawia – to jedyna rzecz, która tu jest in minus. Ludzie są tutaj tak wygodni, że biorą wózek, robią zakupy i zamiast odstawić go na miejsce, to CZĘSTO idą z nim na przystanek albo postój taksówek i tam zostawiają. I to nie młodzież, ale ludzie po 40, a nawet i starsi. Ostatnio spotkaliśmy dwie babcie po 70, które dopchały wózek do jaskini hazardu, zostawiając go w pobliskiej wnęce, a same rzuciły się w nurt marzeń o wielkiej wygranej. Następnego dnia rano wózek stał tam, gdzie go przemiłe Panie zostawiły. Wózki są praktycznie wszędzie, ale najwięcej jest ich w pobliżu przystanków autobusowych. Najciekawsze jest to, że minął prawie miesiąc i dalej nikt z nimi nic nie robi. Leżą sobie i czekają nie wiemy na co… Sklepy – kolejny szok. W Katowicach idąc do SCC, mijało się więcej ochroniarzy niż kupujących. W samym Tesco zabiliby Cię wzrokiem, gdyby wychodząc koło kasy „zapikała Ci bramka”. Tutaj jest 1 lub 2 ochroniarzy. Widzieliśmy kilka razy, jak klienci wychodzili i włączył się alarm przy bramce. I co? I nic. Ochroniarz podszedł, uśmiechnął się, zapytał czy wszystko ok i że pewnie coś nie zostało rozmagnesowane. A ludzie? W ogóle nie odwracają wzroku, nie reagują na „pikanie” alarmu. Po prostu tu się wychodzi z założenia, że klient nie jest złodziejem, tylko pewnie coś zapomniał skasować lub doszło do jakiegoś błędu sprzętowego. Poza tym w sklepach jest toaleta dla mężczyzn z dzieckiem, gdzie toalety dostosowane są do wysokości dziecka, w pokoju dla rodzica z małym dzieckiem jest przewijak, pieluchy, fotel, a dla kupujących w rozmiarach XXXXL, którzy mają problem z poruszaniem się, są elektryczne wózki do jazdy po sklepie. I nie chodzi mi o osoby niepełnosprawne, lecz otyłe, których tu nie brakuje. Tu otyłość nie jest wstydem, tu powrót z pracy w ubraniu roboczym i zakupy w tymże ubraniu są normalne, tu nikt nikogo nie ocenia. Tu nie mówi się wiele o tolerancji. Ona jest widoczna…

Teraz trochę o komunikacji miejskiej. Bilet całodniowy kosztuje 4f, miesięczny 38f, co w stosunku do pensji 1000f jest ceną niewygórowaną. Porównując do Polski, a konkretnie KZK GOP, gdzie przy pensji 1000 zł, bilet kosztował coś około144 zł to niemal tanie, luksusowe przejazdy. Tu praktycznie nie ma przystanków. Są przy bardziej ruchliwych ulicach, a w tych mniej uczęszczanych dzielnicach trzeba wiedzieć gdzie się zatrzymuje autobus lub po prostu machnąć ręką. Jadąc autobusem też wystarczy nacisnąć stop, żeby wysiąść tam, gdzie się w danej chwili jest. Ale i tak więcej osób jeździ…. taksówkami. Tak, tak, to nie pomyłka. Gdy pierwszy raz byliśmy w Tesco, widzieliśmy kilkanaście osób na dworze z siatkami. Myśleliśmy, że czekają na autobus. Okazało się, że w sklepie jest bezpłatny telefon do firmy taksówkarskiej. Po podniesieniu słuchawki, automatycznie łączy się z operatorem i mówi się gdzie ma przyjechać taxi i dokąd będzie kurs. Podaje się też imię. Po 3 minutach ( nie dłużej niż 5 ) podjeżdża taxi, wysiada kierowca, woła imię i pomaga pasażerowi załadować zakupy. Jadąc kiedyś do sklepu po większe zakupy, zapłaciliśmy z Żanetą 2f za dwa bilety ( dzieci do lat 5 bezpłatnie jeżdżą ), a za powrót taksówką z zakupami ( pod sam dom ) zapłaciliśmy 2,30f.

Jechaliśmy też pociągiem. Połączenia kolejowe są tu drogie, nawet na miejscową kieszeń, więc raczej z tego rodzaju połączenia nie będziemy korzystać zbyt często. Taniej jest w pewnych godzinach, ale i tak bilet autobusowy jest tańszy.


Mieszkamy tu prawe miesiąc. W tym czasie odbyły się tu już dwie duże imprezy dla dzieci. Nie pamiętam nazwy, ale nie o to chodzi. Pamiętam, jak w Polsce kilkukrotnie braliśmy udział w festynach, odpustach itp. I ZAWSZE musieliśmy za coś płacić – a to za zamek dmuchany, a to za malowanie twarzy lub inne „przyjemności”. Dlatego szokiem dla nas jest to, że tutaj, gdy jest organizowana impreza dla dzieci, wszystko jest za darmo. Poniżej na zdjęciach zobaczycie jaką frajdę miały dzieci z zabaw. Pierwsza organizowana była na głównej ulicy w naszym mieście, a druga w znanym w Szkocji muzeum. To miłe uczucie, gdy idzie się na imprezę, gdzie dzieci chcą pomalować twarz, wszystkiego dotknąć, na wszystko się wspinać, po wszystkim zjeżdżać i nikt nie chce ( poza objazdowymi lodziarniami J ) od Ciebie żadnych 5 złotych…

Czy jest tu więc coś gorszego? Na pewno kilka rzeczy się znajdzie. To, co my zauważyliśmy, to przede wszystkim smak tutejszego mleka. Nie potrafimy się do niego przyzwyczaić – ani w kawie, ani w kakao, ani w niczym innym. Dlatego kupujemy Łaciate, przywożone z Polski. Kosztuje 0.75f czyli ok. 3,7 zł a jest i tak tańsze niż miejscowe. Po mleku drugą rzeczą są słodziki. Dodają je tu do wszystkiego. My jesteśmy zwolennikami cukru, a nie zamienników. Więc szukanie wody smakowej bez aspartamu czy innych sweetenersów podchodzi pod szukanie w zabawę „zimno, gorąco”. Nawet 90% soków do wody mineralnej jest oznaczonych napisami „no sugar”, jakby było się z czego cieszyć. Przez pierwsze dwa tygodnie nie znaleźliśmy soku z cukrem. Żałujcie, że nie wiedzieliście mojej miny, gdy znalazłem sok bez dodatku aspartamu… to było przytulanie z butelką niczym w Dirty Dancing. Nie do końca przepadamy też za tutejszym mięsem. Jak trafimy „pork” to jest nawet ok, ale „beef” zbytnio nam nie smakuje. Ale to kwestia gustu..


Na koniec żart z życia – ludzie są tutaj uprzejmi, czasami, aż nazbyt. Gdy dziecko idzie 5 kroków przed Tobą, pytają się czy się nie zgubiło, gdy stoisz przed wózkiem przysklepowym i myślisz o czymś, pytają czy można Ci w czymś pomóc. Pewnego dnia byłem w sklepie, gdzie najpierw wywołałem dwa zdjęcia i później poszedłem z nimi po żywność. Gdy poszedłem do kasy samoobsługowej, położyłem zdjęcia na górze maszyny. Gdy kasowałem żywność, podeszła do mnie przemiła Pani z obsługi i w języku angielskim z idealną „gwarą” szkocką coś powiedziała. Nie jestem poliglotą, a jak się uczyłem w szkole to języka rosyjskiego i z zamiłowania niemieckiego. Więc przyjeżdżając tutaj, miałem dwa słowniki i kilka podstawowych zwrotów w głowie. Więcej rozumiałem, niż potrafiłem powiedzieć. Ale ze słów przemiłej Pani nie rozumiałem niczego. Wzięła do ręki moje zdjęcia i pokazywała na Biuro Obsługi Klienta. Nie miałem kompletnie pojęcia o co chodzi. Więc mówię „I don’t underestand”. Pani patrzy na mnie i coś mówi. Mówię więc, że „I buy”. Pani nie rozumie. Mówię do siebie już trochę zdenerwowany: „That’s my, kurcze!”,  a Pani na to, że coś tam ok, bo „think” że ktoś „lost”. I zrozumiałem, że Pani nie chce mi powiedzieć, że nie zapłaciłem, tylko, że myślała, że ktoś zapomniał! I dodała: „że po angielsku to jest photo, a nie kurcze”…

Rozpisałem się. A chciałem jeszcze napisać jak długo tu trwa dzień ( jak długo jest jasno ) i jak dobrze to na nas wpływa ( widno się robi ok. 4.15, a „blank ciemno” ok. 22.40 ), o ruchu lewostronnym, o muzeach za darmo, segregacji śmieci i o pobycie w Edynburgu ( jechałem na rozmowę o pracę ). Ale o tym w kolejnym poście. Pozdrawiamy!

Dobrze, że mamy Lidla :)
Jeden z placów zabaw





Gumowce na deszcz, bieganie po kałużach to ulubiona zabawa dzieci :)














To jedna rzecz, za którą musieliśmy zapłacić :)















Na pace... :P








W poszukiwaniu królików :)


W muzeum...















 Taki tutejszy żarcik...



 Ile jest cukru w czym...











 Podobizny przestępców stworzone na komputerze przez M&Msy
 Pierwsza tęcza

 Segregacja śmieci...
 W jednym z parków









 Czekając na "noc spadających gwiazd"







POZDRAWIAMY !!!