Wszystkie posty oraz zdjęcia w postach na tym blogu są naszą własnością! Nie wyrażamy zgody na kopiowanie, przetwarzanie i rozpowszechnianie tych materiałów w całości lub w części bez naszej zgody. W wypadku naruszenia praw autorskich, na podstawie art. 78, art.81 Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994 r. Dz. U. 1994, nr 24, poz. 83, tekst jednolity: Dz. U. 2006, nr 90, poz. 631, sprawa zostanie skierowana do odpowiednich organów.

piątek, 4 maja 2012

Znieczulica czy strach przed krytyką?

Jako że wczoraj był piękny dzień i miałem sporo czasu na bycie z rodziną, nie miałem motywacji do napisania niniejszego posta. Dziś pogoda jest pod psem, więc mając chwilę wolnego, opiszę sytuację, która miała miejsce 2 maja w Katowicach. 
Stoję na przystanku Katowice Rynek i czekam na tramwaj linii 20 w kierunku Placu Alfreda. Obok mnie na ławce siedzi ojciec z dzieckiem - dziewczynką w wieku 5,6 lat. Dziewczynka siedzi grzecznie, patrzy w lewo i prawo czy nie nadjeżdża tramwaj, machając przy tym nogami. Ojciec dostrzega to i mówi: 
T: "Nie machej tymi szłapami". 
Dziewczynka odsuwa się od ojca i nadal rusza nogami. Widać, że sprawia Jej to frajdę. Po chwili dostrzega tramwaj i pyta: 
Dz: "Tatuś, to nasz tramwaj?" Cisza. 
Dz: "To nasz tramwaj Tato?" 
T: "Nie! I siedź cicho bo już Cie nie zabiera do babci!"
Przez kolejne 5 minut dziewczynka próbowała jeszcze dwukrotnie "zagadnąć" do "Taty" ( pozwólcie, że dam w cudzysłów to określenie ), ale dwukrotnie usłyszała 
T: "Nie odzywej się!" i " Zara w łeb dostaniesz!"
Gdy przyjechała "20", dziewczynka weszła, usiadła na krześle i zajęła miejsce Tacie. Gdy ten wszedł do tramwaju, zawołała: 
Dz: "Usiądź sobie Tatuś". 
Na co usłyszała: 
T: "A po co, jo chca stać"
Przez kilka minut nastąpiła cisza, przerywana stukotem wagonu o szyny i otwieranymi drzwiami na przystankach. Gdy dojechaliśmy do Słonecznej Pętli, dziewczynka po raz kolejny odważyła się odezwać:
Dz: "Czemu ta Pani schodzi bokiem?" - mówiąc o starszej Pani, która próbowała bezpiecznie zejść po schodach.
T: " Zamknij się" - odparł ojciec, z zabarwieniem głosu tak wrednym, że przeszło mi przez myśl, żeby wykręcić numer policyjny i coś z tym zrobić. Ale co? - pomyślałem. Przecież mnie wyśmieją. Nie mam dowodów, w tramwaju oprócz mnie kilka osób, większość wpatrzona nosem w szybę.
Gdy dojeżdżaliśmy do przystanku Wełnowiec Pl. Alfreda, ojciec stanął przy drzwiach z zamiarem wyjścia. Podeszła do niego dziewczynka i mówi:
Dz: "Tatusiu, mogę nacisnąć?"
T: "Możesz go zeżreć!!!"
Wyszli z tramwaju. Dziewczynka się ociągała, bo blisko tramwaju jeździły samochody, więc Tatusiek popchnął ją do przodu i warknął:
T: "Idź"
Dziewczynka zaczęła biec wystraszona. Drzwi z tramwaju się zamknęły. Okno było w tramwaju otwarte, dlatego na koniec usłyszałem
T: "Ku..a! Idź, a nie leć!"

To straszne, że rodzic może być tak okrutny dla swojego dziecka. To straszne, że tak małe, niewinne istoty spotyka takie okrucieństwo jakim jest znęcanie psychiczne nad nimi przez najbliższe im osoby, bo inaczej tego nazwać nie można. Oczywiście są o wiele gorsze rzeczy, które spotykają dzieci w różnych zakątkach kraju i świata, ale najgorsze są takie sytuacje, gdy jako obserwatorzy chcemy pomóc, ale nie za bardzo wiemy jak. 
Gdy kilka lat temu spotkałem pijanego w sztok faceta, niosącego na barana małe dziecko, od razu zadzwoniłem po policję.
Poniżej artykuł, który ukazał się na kilku portalach internetowych:


"45 minut pijanego tatusia" 
Myślę od dwóch dni o tym co się stało. Cały czas wierzę, że postąpiłem właściwie. Chcę opowiedzieć, poddać pod osąd swoją decyzję. Nie boję się krytyki, boję się śmierci wrażliwości... Chciałbym napisać ten artykuł ze spokojem, z iście profesjonalnym podejściem dziennikarza relacjonującego jakieś wydarzenie. Niestety, moje wewnętrzne przeżycia biorą górę nad ładem i harmonią, która zazwyczaj panuje w mojej głowie, kiedy zasiadam do pisania...
4-go kwietnia tegoż roku, byłem razem z moimi uczniami na zawodach szachowych w jednym z siemianowickich domów kultury. W trakcie zawodów, wraz z dwoma podopiecznymi udałem się do sklepu spożywczego, aby kupić oranżady. Gdy byliśmy mniej więcej w połowie drogi, zobaczyliśmy na ławce mężczyznę, który w jednej ręce trzymał puszkę piwa, a drugą trzymał się ławki, żeby się nie przewrócić. Obok niego siedziała mała, kilkuletnia dziewczynka w brudnej, czerwonej kurteczce. Po krótkiej chwili mężczyzna wstał i zataczając się "wrzucił" dziecko na "barana". Widząc, co się dzieje, zdecydowałem się zadzwonić na policję i poprosić o pomoc. Gdy wybierałem numer alarmowy, "tatuś" - pozwolę sobie pisać to określenie w cudzysłowiu - rozpoczął wędrówkę w górę, po schodach, udając się do budynku biblioteki miejskiej. Dziewczynka nie była trzymana, sama łapała tatę rączkami, jak tylko potrafiła. Drżącym głosem poinformowałem o zdarzeniu policję. Dyżurny policjant stwierdził lakonicznie: "przyjąłem zgłoszenie". Zdecydowaliśmy się poczekać przed budynkiem biblioteki, aż do momentu przyjazdu radiowozu.

Mija kilka minut. "Tatuś" wychodzi z biblioteki i cudem schodzi ze schodów nie zabijając przy tym siebie i dziecka. Muszę przyznać, że miałem dylemat, bijąc się z pytaniem: "Co teraz?". Postanowiliśmy z moimi uczniami, że pójdziemy za "tatusiem" i zrobimy wszystko, aby małej nie stała się krzywda. Zadzwoniłem po raz drugi na policję z zapytaniem, dlaczego jeszcze nikt nie przyjechał ( "przecież minęło ponad 10 minut, a komisariat znajduje się 500 metrów od miejsca, gdzie w tej chwili się znajduję" ). Policjant odpowiedział mi na to, że niestety jest tylko jeden radiowóz, który jedzie właśnie z Chorzowa, ale to potrwa jeszcze kilka minut. Zapytałem, czy nie mógłby podesłać patrolu straży miejskiej. Odpowiedź była krótka - "też są zajęci". Nie pozostało nam więc nic innego, jak dalej "bawić się" w detektywów i iść kilka kroków za "tatusiem", tak aby nie widział, że za nim idziemy. Widząc coraz mniej pewne kroki "taty", poprosiłem przechodzącego obok mężczyznę, aby pomógł mi zainterweniować i odebrać dziecko. "To nie moja sprawa! Ja się nie będę wtrącał!" - tylko zacytuję słowa tegoż Pana i pozostawię je bez komentarza.
Spacer trwał kilkanaście minut. Doszliśmy wreszcie do budynku, gdzie jak się domyśliliśmy, mieszkał ów mężczyzna. Zapytaliśmy przechodzącą dziewczynkę, czy zna tego Pana i pod jakim numerem mieszka. Gdy odpowiedziała, że wie, i że ma on trójkę dzieci, po raz trzeci zadzwoniłem na policję i podałem dokładny adres, gdzie się znajdujemy. Tym razem długo nie czekaliśmy. Od trzeciej rozmowy minęło może 3 - 4 minuty (od pierwszego zgłoszenia 25-30 minut ), gdy przyjechał patrol. Po chwili policjanci wynieśli na rękach dziewczynkę i sprowadzili "tatusia". Okazało się, że w domu nikogo więcej nie było - matka dzieci była w pracy. Policjanci zabrali także kilkuletniego syna "tatusia", który w trakcie interwencji wracał do domu i rozpoznał w samochodzie ojca.

Zastanawiam się, czy dobrze postąpiłem, czy dzieci nie zostaną umieszczone gdzieś w placówce opiekuńczej, czy powinienem był się wtrącać, przecież tylu ludzi mijało tego człowieka i nikt nie zareagował... Cały czas wracam jednak myślami do podstawowego argumentu - najważniejsze jest dobro dziecka. Przecież jego ojciec - który notabene nie zasługiwał w tym artykule na takie określanie - nie wywiązywał się ze swojej powinności i narażał je na utratę zdrowia. A może się mylę?
Nurtuje mnie jeszcze jedno poważne pytanie - dlaczego policja przyjechała po blisko 30 minutach? DLACZEGO!?Adam M.

W tamtej sytuacji nie miałem oporów, tym razem nie było dowodu. Być może postąpiłem źle, być może taka interwencja zmieniła by los tego dziecka/dzieci. Nie wiem. Za to na pewno wiem, że nikt inny nie obrócił nawet na chwilę głowy.  Wydaje mi się, że ludzi opanowała znieczulica, że wolą nie wychylać się, żeby czasem się nie narazić na krytykę za wtrącanie się w nie swoje sprawy. I jest zapewne jeszcze jeden racjonalny powód: ludzie nie reagują, ponieważ boją się narazić, boją się o swoje życie i zdrowie. I być może byłoby to do przyjęcia, ale moje wartości nie pozwalają się zgodzić z takim stanem rzeczy...

13 komentarzy:

  1. Adamie - takie sytuacje są bardzo przykre i okrutne, ale chyba nie można zbyt wiele z tym zrobić. Oczywiście, mógłbyś zadzwonić na policję, ale co byś im powiedział? Że ojciec przeklina do dziecka, że jest dla niego oschły? Żal mi dzieci takich rodziców, ale dopóki ci się nad nimi nie znęcają jest to ich sprawa. Niestety.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Moim zdaniem bardzo dobrze zrobiłeś dzwoniąc po policję. Ja dwa razy w ostatnich latach zgłaszałam pewne sprawy. Nawet niedawno u mnie na osiedlu 6 "wstawionych" próbowało wyjechać z parkingu. Jeszcze wcześniej narobili na samochód stojący obok. Po kolei, jak leciało... Po 40 minutach przyjechali :/
    Druga sytuacja zdarzyła się, jak jeszcze mieszkałam w bloku (3 piętro). Wyszła ode mnie koleżanka i poczułyśmy straszny smród na klatce. Nie da się go opisać. Jakaś wielka makabra! Okazało się, że na strychu leży jakaś "para" w takim stanie, że słowa tego nie opiszą. Lepiej nie ;) Policja przyjechała po godzinie :/ jeszcze z tekstem, że przecież tak szybko.

    To straszne jak rodzice mogą traktować swoje życie. 99% zachowania, charakteru itd. wynosi się z domu. Więc jak rodzice przeklinają przy dzieciach to przecież ono też może no nie?
    Niestety tak się dzieje.
    Pozdrawiam serdecznie i całym sercem popieram to, co zrobiłeś!

    OdpowiedzUsuń
  3. Przykre w tym wszystkim jest to, że chcąc zareagować zawsze , jest ktoś kto głupio powie a co się wtrącasz ..przecież to nie twoje dziecko. Dodaję zawsze tylko,że taką reakcją daleko nie zajdziemy, bo brak reakcji to przyzwalanie na to co się dzieje. Nie sądzę by w opisanym przypadku policja Cię Adasiu nie zbyła twierdząc,że słowa to tylko słowa i nic dziecku nie robią.Najgorsze w tym wszystkim jest to, że dopóki nie ma znęcania nie ma sprawy a gdy jest to sąsiedzi nie słyszą, bo to "ich" sprawa.Obłęd jakiś z tą obojętmnością ale ważne, że będąc świadkiem my możemy zareagować jeśli widzimy,że coś złego się dzieje. Nie jest łatwo przełamać swój strach ale też nie zawsze da się reagować. Pozdrowienia:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Drogi Adamie!!!Nie wziąłeś pod uwagę tego,że niestety tacy ludzie jak ten tatuś sami z siebie są nieszczęśliwi.Ty ciągle tylko szukasz ludzi szczęśliwych na siłę i aby każdy kto ma dzieci o nie dbał.niestety dla Ciebie ale pijak też ma swoje uczucia i potrzebuje pomocy a nie straży miejskiej czy policji.
    A jak oceniłbyś człowieka,który rozstał się ze swoją dziewczyną tylko dlatego,że nie chciała miec dzieci i chciała wyjechac za granicę???
    kasia.blog.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli według Ciebie pijak potrzebuje pomocy a bezbronne dziecko już nie? Rozmawiałaś kiedyś z zastraszonym dzieckiem, które nie chce wracać do domu, gdyż boi się taty alkoholika, który potrafi tak pobić żonę, że ta poroniła?
      Co do oceny człowieka, który rozstał się ze swoją dziewczyną odpowiem Ci tak - oceniłbym go tak samo jak dziewczynę, która rozstała się ze swoim chłopakiem, tylko dlatego, że chciała wyjechać za granicę i nie chciała mieć normalnej rodziny i dzieci.Są to dwa różne światy wartości i nie da się ich porównać. Pozdrawiam

      Usuń
  5. rok temu zgłosiłam ze robotnicy pracujacy na wysokosciach (na rusztowaniach) siedza na ławce na placu zabaw i piją Przyjechała policja kierownik zrobiła sie draka a ja usłyszałam kilka kulturalnych słow pod swoim adresem i do konca remontu kamienicy nie chodziłam z ludzikami na plac zabaw coby nie wysłuchiwac inwektyw pod swoim adresem. Miałam gdzies ze jak którys spadnie to sie zabije ale nie bede tolerowac chlania wsród dzieci..

    MagdaBK

    OdpowiedzUsuń
  6. Dla mnie jestes wielki wlasnie za to , ze masz taka dobroc w sobie i serce !!!! I wlasnie takich slow potrzebowalam uzyc pod ta notka. Oczyma wyobrazni widze ta dziewczynke to straszne tak bardzo nie miec szacunku do wlasnego dziecka ja nie umiem pojac takich ludzi amen!!!!

    OdpowiedzUsuń
  7. Dobrze zrobiłeś, mogła się stać krzwyda temu dziecko.. Popieram Cię w 100% :) Oby więcej takich ludzi.. :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Trzeba reagować. Sama kiedyś znalazłam się w takiej sytuacji i nie mogłam milczeć. Nie umiem przejść o objętnie wobec krzywdy dziecka. Bo właśnie obojętność rodzi najwięcej zła.

    OdpowiedzUsuń
  9. A ja sie bardzo ciesze ze sa jeszcze na swiecie tacy ludzie jak Ty.Tym bardziej ,ze tu chodzi o dobro dziecka .Oby wiecej ludzi myslacych podobnie do Ciebie a bedzie mniej tragedii niewinnych dzieciaczkow.

    OdpowiedzUsuń
  10. Dobrze, ze Pan się zainteresował. To naprawdę przykre co się dzieje... :(

    Zapraszam na nową notkę do mnie i pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  11. Panie Adamie! Dlaczego ocenia Pan ludzi którzy nie zareagowali w tramwaju? przeciez Pan również nic nie zrobił! ktoś kto obserwował tą sytuację również mógł chcieć pomóc ale nie mial odwagi. może trzeba było zwrócić tatusiowi uwagę, napiętnować jego zachowanie.

    OdpowiedzUsuń