Wszystkie posty oraz zdjęcia w postach na tym blogu są naszą własnością! Nie wyrażamy zgody na kopiowanie, przetwarzanie i rozpowszechnianie tych materiałów w całości lub w części bez naszej zgody. W wypadku naruszenia praw autorskich, na podstawie art. 78, art.81 Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994 r. Dz. U. 1994, nr 24, poz. 83, tekst jednolity: Dz. U. 2006, nr 90, poz. 631, sprawa zostanie skierowana do odpowiednich organów.

czwartek, 31 maja 2012

POLSKA - mój kraj? Czy jeszcze mój?

Trzy artykuły z ostatnich dni:

1. Za Gazeta Wyborcza:

Co powinno mieć każde dziecko? Trzy posiłki dziennie, z których przynajmniej jeden zawiera mięso lub rybę. Codziennie świeże warzywa i owoce. Książki i przynajmniej jedną grę edukacyjną odpowiednie dla swojego wieku. Sprzęt do zabaw na podwórku, jak rower czy hulajnoga. Pieniądze na wycieczki szkolne. Spokojne miejsce do odrabiania lekcji i internet. Chociaż kilka nowych ubrań i dwie pary pasujących butów. Możliwość zapraszania przyjaciół i świętowania urodzin.
Według najnowszego raportu UNICEF co piąte polskie dziecko jest pozbawione przynajmniej dwóch z tych rzeczy. A to są, zdaniem ekspertów, podstawowe dobra niezbędne do prawidłowego rozwoju. 
- U nas się przyjęło, że dziecko ubogie to dziecko głodne czy obdarte. A nikt nie myśli o innej sferze - wykluczenia - tłumaczy Ewa Falkowska z UNICEF Polska. 
- U nas dzieci nie umierają z głodu. Ale co piąte nie ma dostępu do rzeczy i dóbr, które zapewniają im właściwe funkcjonowanie w grupie rówieśników i pozwalają zbudować poczucie własnej wartości. Pływalnia, świętowanie urodzin - czy to nie przesada? 
- Nie - twierdzi Falkowska. - Tu nie chodzi o wyprawianie przyjęcia w domu czy sali zabaw, ale choćby o przyniesienie cukierków do szkoły. Dla nas, dorosłych to błahostka ale wyobraźmy sobie, jak czuje się dziecko, które rok w rok nie może tych cukierków przynieść? Albo gdy wszyscy w klasie wiedzą, że Zosia to na wycieczki szkolne nie jeździ? To wytwarza w dziecku ogromnie poczucie niższości. I decyduje o całym życiu. Jakim obywatelem i pracownikiem będzie ktoś, kto wie, że jest gorszy, bo zawsze nim był?
Dzieci, które nie mają dostępu do podstawowych dóbr, mają słabsze wyniki w nauce i gorszą sytuację zdrowotną - twierdzą autorzy raportu. A w przyszłości są dużo bardziej narażeni na bezrobocie i na uzależnienia od pomocy społecznej.
Takich dzieci jest wg UNICEF ponad 13 mln w Unii Europejskiej (wraz z Norwegią i Islandią). W Polsce - prawie 1,3 mln. W rankingu państw UE wypadamy źle: jesteśmy na 24. miejscu z 29 badanych krajów. Gorzej mają tylko dzieci z Węgier, Bułgarii i Rumunii. Nietrudno zgadnąć, że w najlepszej sytuacji są dzieci w krajach skandynawskich i Islandii.
Jednak popularne wyjaśnienie, że bogatszym państwom jest łatwiej dbać o biedne dzieci, w tym wypadku się nie sprawdza. Według raportu PKB na mieszkańca Polski wynosi prawie 19 tys. dolarów. Podobnie jest w Estonii (19,6 tys.), ale odsetek ubogich dzieci wynosi tam zaledwie 12,4 proc. (w Polsce - 21 proc.).
- Ten i inne przykłady dowodzą, że to polityka państwa ma wpływ na zmniejszenie ubóstwa dzieci - tłumaczy Falkowska. - Nie wystarczą same świadczenia, powinno się zadbać o to, żeby były kierowane do najbardziej potrzebujących.
Trzeba też zapobiegać przyczynom ubóstwa dzieci. - Najważniejsze to bezrobocie - mówi Falkowska. - Odsetek dzieci ubogich w rodzinach, w których rodzice nie mają pracy, wynosi 47 proc. A w Szwecji - 8 proc.
Z raportu wynika też, że w ubóstwie żyje aż 42,6 proc. dzieci wychowywanych przez samotnych rodziców, najczęściej matki. - W Polsce mamy jeden z najniższych odsetków pracujących matek - przypomina Falkowska. - Świetnie by było, gdyby matki zostawały w domy z dziećmi, bo chcą, ale z reguły nie jest to ich wybór, bo przedszkoli i żłobków brakuje.
Bieda wynika też z braku wykształcenia - aż 61 proc. dzieci wychowywanych przez rodziców o niskim wykształceniu żyje w ubóstwie.
- Ubóstwo dzieci to problem, który prędzej czy później dotknie nas wszystkich - mówi Falkowska. - Tymczasem decydenci nawet tego nawet nie monitorują. Dzieci są zawsze spychane z agendy, a przecież powinny być najważniejsze.
W USA obliczono, że straty z tytułu tego, że dzieci dorastające w biedzie jako ludzie dorośli są gorzej wykształceni, mniej wydajni, mają gorsze zdrowie, popadają w konflikty z prawem, wynoszą rocznie 2 proc. PKB.

- Nielicznym środowiskom  zależy na promowaniu postawy prorodzinnej - mówi Piotr, ojciec pięciorga dzieci. Dziś modne jest bycie singlem, korzystanie z życia, rozwiązłość seksualna - dodaje. Z dzietnością na poziomie 1,31 Polska w światowym rankingu zajmuje trzynaste miejsce od końca.
Liczba dzieci w Polsce systematycznie maleje. W 1982 r. urodziło się ich ponad 700 tys. W 2003 r. już niewiele ponad 350 tys. Przez kilka ostatnich lat notujemy wzrost liczby urodzeń, jednak jak wskazuje Artur Satora, rzecznik prasowy prezesa Głównego Urzędu Statystycznego, jest to chwilowa poprawa. - Liczba urodzeń wzrosła, gdyż obecnie w wieku rozrodczym są roczniki z wyżu demograficznego z początku lat 80. XX w. – mówi. – Był to ostatni z tak mocnych wyżów, dlatego też obawiam się, że kolejne lata przyniosą nam spadek liczby urodzeń oraz spadek przyrostu naturalnego.
Potwierdzają to dane GUS z roku 2011 roku. Wynika z nich, iż rok temu zarejestrowano o ponad 22 tys. mniej urodzeń żywych niż rok wcześniej. Sytuacja wygląda gorzej, gdy spojrzymy w prognozy. ONZ przewiduje, że do 2050 roku ubytek ludności w Polsce wyniesie 20 proc.

Większość polskich rodzin od dłuższego czasu decyduje się tylko na jedno lub dwójkę potomstwa. Dodatkowo z roku na rok maleje liczba zawieranych małżeństw. W  2010 r. pobrało się o 22,5 tys. par mniej niż rok wcześniej. - Ukształtował się model kulturowy, w którym większość osób nie spieszy się z zakładaniem rodziny, odwleka też w czasie decyzję o rodzicielstwie - twierdzi prof. Jacek Leoński, z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Szczecińskiego. – Młodzi ludzie chcą najpierw zaspokoić swoje potrzeby, chcą się wyszaleć, a dziecko jest często postrzegane jako przeszkoda w samorealizacji. Wiele osób decyduje się także na życie w pojedynkę.
W ostatnich latach wzrasta również wiek, w którym kobiety decydują się na posiadanie dzieci. - Jeszcze dwadzieścia lat temu średnia wieku kobiet rodzących pierwsze dziecko wynosiła 20-23 lata – mówi rzecznik GUS-u. – Obecnie jest to 29 lat i więcej. Coraz modniejsze staje się późne macierzyństwo. Zmiany te doprowadziły do tego, że od 1980 spada w Polsce współczynnik dzietności, czyli liczba urodzonych dzieci przypadających na jedną kobietę w wieku 15-49 lat. W 1980 r. współczynnik ten wynosił 2,28, dziś tylko 1,31.
- Polska pod względem dzietności zajmuje 209. miejsce na świecie, na 222 krajów, w których prowadzone są takie statystyki – mówi Joanna Krupska, prezes Związku Dużych Rodzin „Plus Trzy”. - W rezultacie prowadzenia polityki  rodzinnej w wielu krajach UE obserwujemy dziś proces wzrastającej dzietności. Polska dzietność ma wciąż tendencję malejącą i należy od dawna do jednych najniższych w Europie. Jak podaje Krupska przykładem skutecznej polityki na rzecz rodziny jest Francja. - Od lat kraj ten wypracowuje system wspierania rodziny i jako pierwsza w Europie osiągnęła prostą zastępowalność pokoleń  – mówi.
Dlaczego to właśnie Francja zajmuje tak wysoką pozycję w światowym rankingu?  Niektórzy twierdzą, iż wysoką dzietność zawdzięcza licznym emigrantom. - Do statystyk brani są pod uwagę tylko emigranci posiadający obywatelstwo francuskie – mówi dr Paweł Wosicki, prezes Fundacji „Głos dla życia”. – Zapewne w jakimś stopniu rodziny te wpływają na statystyki, ale nie w znaczący sposób. Dodatkowo, jak wskazuje Joanna Krupska, emigranci przystosowują się do modelu rodziny panującego w danym kraju.- We Francji zarówno rodzinny rdzenne jaki i emigranckie decydują się na wielodzietność – dodaje.
Według Wosickiego oraz Krupskiej wzrastająca dzietność we Francji to wynik konsekwentnej polityki prorodzinnej.- Istnieje tam system świadczeń powszechnych, czyli przysługujących wszystkim rodzinom z jednym lub więcej dziećmi, bez względu na wysokość dochodów – mówi Krupska. - Zasiłki przysługują na dzieci do 18 lat oraz do lat 20, jeżeli uczą się zawodu lub studiują
Ponadto we Francji rodzinom sprzyja system podatkowy. - W rozliczeniu uwzględnia się liczbę dzieci, dodatkowo od podatków odliczane są koszty opieki nad dzieckiem do 7. roku życia np. koszty zatrudnienia opiekunki. Istnieje też cała gama ulg w postaci kredytu podatkowego, wynikająca z wydatków mieszkaniowych czy też szkolnych – dodaje Krupska.
 Według amerykańskiej agencji CIA, współczynnik dzietności w Francji wynosi w tym roku 2,08, dzięki temu kraj ten uklasyfikował się na 118. miejscu światowego rankingu. Zaraz za Francją, z dzietnością na poziomie 2,07, jest Nowa Zelandia.  Stosunkowo wysoko, bo 122. miejscu, zajmują również Stany Zjednoczone (dzietność na poziomie 2,06).  Przed Polską w rankingu są także m.in. Niemcy (1,41), Włochy (1,40), Grecja (1,39) oraz Łotwa (1,33). Najwięcej dzieci rodzi się w Nigerii, na jedną kobietę przypada w tym kraju 7,52 dzieci. Kolejne miejsca w czołówce zajmują inne kraje afrykańskie. Na ostatnim, 222. miejscu, jest Singapur, gdzie współczynnik dzietności wynosi 0,78.
Oprócz zmian kulturowych, na niski poziom dzietności w naszym kraju wpływa także sytuacja ekonomiczna polskich rodzin. Jak wynika z najnowszego sondażu Centrum Badania Opinii Społecznej, Polacy chcieliby mieć więcej dzieci, ale sytuacja życiowa im na to nie pozwala. Niemal połowa przebadanych preferuje posiadanie dwójki, a co czwarty trójki potomstwa. Tylko niewielki odsetek zdecydowałby się na czworo lub więcej dzieci.  Z sondażu wynika także, że wśród badanych powyżej 45 roku życia, znaczna część nie ma tyle dzieci, ile chciałaby mieć. Ponad połowa mających jedno dziecko, chciałby powiększyć rodzinę. Z kolei co piąty ankietowany z dwójką dzieci twierdzi, że cieszyłby się gdyby miał ich więcej.
- Nieurzeczywistnione preferencje tych osób wskazują na skalę zjawiska, jakim jest ograniczanie liczby potomstwa z racji różnych zewnętrznych uwarunkowań – twierdzi mówi dr Katarzyna Kowalczuk z CBOS. - Zestawienie preferencji i faktycznej liczby dzieci pokazuje, że stosunkowo duża grupa ludzi w innej sytuacji życiowej mogłaby zdecydować się na powiększenie rodziny. - Zastanawiające jest, że Polki mieszkające w Londynie mają średnio 2,5 dziecka, czyli prawie dwa razy więcej niż w Polsce – komentuje wyniki badań Joanna Krupska.
Dlaczego tak się dzieje? Według Krupskiej jest to efekt braku ekonomicznych mechanizmów wsparcia rodziny i rodzicielstwa. - Tylko 1 proc. PKB przeznaczany jest w naszym kraju na wsparcie rodzin z dziećmi na utrzymaniu, to dużo poniżej średniej europejskiej – twierdzi prezes Związku Dużych Rodzin „Plus Trzy”. – Dodatkowo w Polsce jest najniższe w Europie kryterium dochodowe uprawniające do zasiłków rodzinnych, niewaloryzowane od dziewięciu lat.
Także prof. Leoński zgadza się, że Polska w sferze ekonomiczno–prawnej nie zachęca do decyzji o zakładaniu  i powiększaniu rodziny. - Wiele osób najzwyczajniej nie stać na dziecko – mówi. – Dotyczy to głównie młodych, którzy po zakończeniu nauki mają problem ze znalezieniem pracy i utrzymaniem się. Brakuje też infrastruktury sprzyjającej rodzinie, czyli m.in. dostępnych żłobków i przedszkoli. A co na ten temat sądzą Polacy? Zapytani przez CBOS co jest przyczyną spadku dzietność w Polsce na pierwszym miejscu wymieniają strach kobiet przed utratą pracy – tak uważa aż 60 proc. badanych. Respondenci zwracają też uwagę na złe warunki mieszkaniowe oraz brak wystarczającego wsparcia rodzin przez państwo.
- Polska powinna uznać politykę na rzecz rodziny za  priorytet, uwzględnić inwestycję w następne pokolenia za istotną pozycję także w PKB - mówi Joanna Krupska. - Trzeba zahamować zsuwanie się w obszar biedy tych, którzy zdecydowali się na urodzenie i  wychowywanie dzieci. Wśród czynników ekonomicznych sprzyjających rodzinie Krupska wylicza też przyjazny system podatkowy, usunięcie dyskryminacji matek wychowujących dzieci w systemie emerytalnym oraz stworzenie warunków wyboru w obszarze opieki nad małym dzieckiem.
Jednak według prof. Roberta Gwiazdowskiego, prezydenta Centrum im. Adama Smitha, sposobu na zwiększenie dzietności trzeba szukać jeszcze gdzie indziej. Według niego przyczyną problemów są systemy emerytalne. - Gdy je wprowadzano, oparto się na prostym przeniesieniu w przyszłość obserwacji z przeszłości: zawsze będzie się rodzić więcej dzieci i będą one wydajniej pracować, więc będą mogły utrzymywać emerytów – tłumaczy Gwiazdowski. Niestety oczekiwanie to okazało się złudne.
- W „państwach dobrobytu”, z rozbudowanymi systemami emerytalnymi, dzieci przestały być gwarancją spokojnej starości - stał się tym gwarantem rząd – mówi ekspert. - Nie dość jednak, że państwo przejęło na siebie rolę opiekuna, przez co zmniejszyła się naturalna potrzeba posiadania większej ilości dzieci, to jeszcze, aby wywiązać się z tej roli, zagarnęło tak wysoki procent wynagrodzenia osób pracujących, że na wychowywanie dzieci, nawet jakby chcieli je mieć, nie bardzo mogą sobie pozwolić.
Jak dodaje Gwiazdowski przez jakiś czas natura sama się broniła. - Przyjemność robienia dzieci przeważała nad uciążliwością ich wychowywania – mówi. - Odkąd jednak przechytrzyliśmy naturę i nauczyliśmy się mieć przyjemność bez konsekwencji, stało się coś, co się stać musiało - nastąpił kryzys demograficzny. Zdaniem eksperta państwo powinno przestać zabierać młodym, którzy wkraczają w wiek produkcyjny i reprodukcyjny, tak dużo pieniędzy w postaci różnych składek. - Należy zmniejszyć opodatkowanie pracy, a zwiększyć, dla zrównoważenia budżetu, opodatkowanie konsumpcji – twierdzi.
- Dzieci to najlepsza inwestycja – twierdzi Piotr, tata pięciorga dzieci. – Politycy prześcigają się w obietnicach reform które mają nam zapewnić wyższe emerytury, media są pełne dyskusji co lepsze OFE czy ZUS. A prawda jest taka, że jedynym pewnym zabezpieczeniem na starość są nasze dzieci, które odwdzięczą się kiedyś swoją opieką za naszą troskę. Niestety, jak twierdzi Piotr, takie podejście nie jest dziś popularne.
- Nielicznym środowiskom  zależy na promowaniu postawy prorodzinnej, to nie jest, jak mówią moje dzieci, trendy – dodaje. – Dziś modne jest bycie singlem, korzystanie z życia, rozwiązłość seksualna, dostępna antykoncepcja. To nie sprzyja zwiększaniu dzietności, ale nie jest tajemnicą, że na lansowaniu takich właśnie postaw robi się duże pieniądze.


Dzienna stawka utrzymania więźnia to 80 zł, natomiast wychowanka w Rodzinnym Domu Dziecka nieco ponad 20 złotych. Osadzony może uczyć się języków, uprawiać sport, a na dodatek je lepiej niż w chory w szpitalu. A sierota w domu dziecka?

Robert ma 26 lat. Brunet. Zadbany. Trzy miesiące temu wyszedł z zakładu karnego. Odsiadywał wyrok kilkunastu miesięcy za kradzież z włamaniem. - Za murami jest inny świat. Tam czas wolniej biegnie. Jest dużo czasu na przemyślenia. Z nudów przeczytałem chyba z 200 książek, poprawiałem swoją kondycję fizyczną i wyleczyłem wszystkie zęby. A, i jeszcze jedno, utyłem 7 kilo – wylicza. Jak mówi, dzień podobny do dnia, ale do tego można się przyzwyczaić. Wyznaje jednak, że w ciągu tych miesięcy był świadkiem wielu niedobrych zdarzeń i nigdy, przenigdy nie chciałby tam wrócić.
Dzień w zakładzie zaczyna się pobudką i apelem. Następnie śniadanie i czas wolny. Część osadzonych pracuje, reszta stara się uczestniczyć w różnorodnych zajęciach. Są też tacy, którym wszystko jedno i rzadko decydują się na jakikolwiek wysiłek. Grają w różne gry albo oglądają telewizor. Potem jest dość smaczny obiad (lepszy niż w szpitalu), czas wolny, kolacja i znów czas wolny. Ok. 22 gasną światła. I tak w kółko.
-W celach, co prawda, trochę ciasno, ale czasami w domu nie ma lepszych warunków. Ja mieszkałem z rodzicami i trójką rodzeństwa w dwóch małych pokoikach. Kibelek mieliśmy na podwórzu, w domu piece, w których trzeba było palić, a i tak w chałupie było zimno – podkreśla. - W zakładzie wszystko masz pod nos. Znam starszego bezdomnego gościa, który zawsze na zimę trafiał do zakładu. Robił to celowo. Mówił, że w zakładzie cieplej, lepiej karmią, raz na tydzień prysznic, dostaje „państwowe” czyste ubranie i ma więcej rozrywki niż w noclegowni – opowiada.
Do wyboru - warsztaty, kursy lub siłownia
Jak informuje ppor Marcin Kunicki, młodszy inspektor Biura Penitencjarnego Służby Więziennej, w zakładach karnych stwarza się warunki odpowiedniego spędzania czasu wolnego. - W tym celu organizuje się zajęcia kulturalno-oświatowe, wychowania fizycznego i sportowe np. zajęcia na siłowni oraz pobudza aktywność społeczną skazanych – wyjaśnia. W każdym zakładzie prowadzi się wypożyczalnię książek i prasy dla skazanych oraz stwarza możliwość korzystania z urządzeń audiowizualnych w świetlicach i celach. Skazanym zapewnia się bezpłatne świadczenia zdrowotne, leki oraz artykuły sanitarne.
Osadzeni mogą uczestniczyć m.in. w zajęciach z psychologiem, socjoterapeutą, spotkaniach AA oraz licznych warsztatach. Mają także możliwość nauki języków obcych. Niektóre zakłady, z reguły nowe, są  wyposażone w nowoczesne sale komputerowe, gdzie odbywa się nauka kursów zawodowych. Część z nich finansowana jest ze środków unijnych, reszta z funduszu pomocy postpenitencjarnej, tworzonego z odpisów od pensji pracujących osadzonych. Działają także kluby pracy, gdzie skazani uczą się pisać CV, listy motywacyjne i słuchają porad, jak zachować się na rozmowie kwalifikacyjnej. W niedzielę, jeśli chcą, uczestniczą we mszach. Skazanemu udzielane są także widzenia oraz przepustki.
Osoby przebywające w zakładach karnych mogą także pracować - nieodpłatnie lub odpłatnie. W pierwszym przypadku chodzi o prace pomocnicze lub porządkowe (w tym odśnieżanie i sprzątanie) na rzecz jednostek organizacyjnych Służby Więziennej lub samorządu terytorialnego. W drugim zaś o normalny stosunek pracy. Do ubiegłego roku pracujący skazani otrzymywali połowę minimalnego wynagrodzenia. Od lutego, po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego, otrzymują całą pensję, ale zdecydowanie zmniejszyła się liczba pracodawców chętnych do zatrudniania skazanych.
Ile więc zarabia osadzony? Po odjęciu składek, pieniędzy na wyjście (tzw. żelazna kasa), ewentualnie zajęć komorniczych zostaje do dyspozycji ok. 300 zł miesięcznie.
Robert skorzystał z szansy, jaką dał mu zakład karny. Co prawda nie poszedł do pracy, ale zamiast bezcelowo kopać piłkę, pilnie wkuwał niemieckie i angielskie zasady gramatyczne oraz słówka. Nauka szła mu całkiem nieźle. - Od kilku tygodni jeżdżę z handlarzami do Niemiec i Francji jako tłumacz - mówi. - Za wyjazd mam około 800 zł. Zazwyczaj wyjeżdżam raz w tygodniu, czasami udaje mi się zrobić dwa kursy, gdy wyjazd jest gdzieś blisko. Nie narzekam. Wkrótce zamierzam podjąć studia, założę też swój biznes – podsumowuje.
W bidulu słabo z perspektywami
Daniel opuścił dom dziecka w ubiegłym roku. W placówkach tego typu  przebywał dobrych 10 lat. Odkąd pamięta zawsze zazdrościł kolegom, którzy mają normalnych rodziców. Jego ojciec zginął w wypadku, jechał  po wódce. Matka pije do dziś. Rzadko trzeźwieje.
W placówce, jak wspomina, było niespecjalnie. Choć miał ciepło, jedzenie, ubranie i wszystkie podstawowe rzeczy, to rzadko miał powód do radości. W szkole uczył się słabo, bo jakoś nie miał motywacji, ale bez przeszkód przechodził z klasy do klasy. O nauce języka obcego czy innych dodatkowych zajęciach mógł zapomnieć.
- Koledzy ze szkoły kupowali różne kursy przez internet, uczyli się słówek w necie, wymieniali płytami. Chodzili na korki. Ja miałem łóżko w 4-osobowym pokoju, radio, szafę i biurko. O telewizorze i komputerze, choćby największym gruchocie, mogłem pomarzyć. Owszem, był jeden wspólny komputer, ale rzadko mogłem się do niego dostać – opowiada i dodaje, że bez ograniczeń mógł natomiast korzystać z ze stołu do ping-ponga, boiska i roweru.
Dobre wspomnienia ma głównie z wycieczek. Nie było ich dużo, ale kilka utkwiło w pamięci. Był nad morzem, w górach i w Pradze. - Mój młodszy kolega Piotrek ma zdecydowanie lepiej. Choć przebywa w rodzinnym domu dziecka, mówi, że jest fajnie, jak w prawdziwej rodzinie. Jeździ na wakacje, uczęszcza popołudniami do szkoły muzycznej. Ma swój pokój. Mówi, że to dzięki opiekunom, którzy wciąż siedzą z nosami w jakichś papierach i szukają dodatkowych pieniędzy na ich utrzymanie. Tak to ja też bym chciał – marzy z uśmiechem na twarzy.
Sam, gdy tylko skończył 18 lat, natychmiast wyprowadził się z placówki. Wynajął mieszkanie, dorabia  na czarno w warsztacie samochodowym i uczy się zaocznie. Pieniądze, które dostał na usamodzielnienie w wysokości kilku tysięcy przeznaczył na meble, lodówkę, telewizor i wymarzony komputer. Otrzymał też trochę zgromadzonych z renty po ojcu pieniędzy i niespełna 500 złotych miesięcznie na kontynuację nauki. Jakoś przeżyje. Niewiele tego, ale gdy przez kilka lat będzie oszczędzał, to może za jakiś czas kupi jakiś mały kąt dla siebie.
Złożył też podanie o przydział mieszkania komunalnego. - Coraz częściej myślę o wyjeździe za granicę. Uczę się angielskiego. Na studia raczej się nie wybieram, bo to jednak kosztuje. Gdybym dostał dobrą pracę w Anglii, to może wcale bym tu nie wrócił – rozważa. - Jakie ja mam tu perspektywy? Robota na czarno, żadnego dachu nad głową, matka pijaczka. Co to za życie? - pyta retorycznie.

W Polsce jest obecnie 87 Zakładów Karnych i 70 Aresztów Śledczych, w których znajduje się blisko 83 tysiące osadzonych. Miesięczne utrzymanie więźnia w zakładzie to 2 451 złotych. Dziennie to nieco ponad 80 zł. Dzienna stawka żywieniowa waha się w granicach od 3,20 do 6,80 zł – w zależności o rodzaju norm wyżywienia oraz diet. W 2011 roku budżet krajowy i budżet środków europejskich wyniósł na osadzonych i funkcjonowanie ZK i AS prawie 2,5 mld zł.
Nieco ponad 3 mld złotych wydały samorządy na blisko 85 tysięcy dzieci w 780 placówkach opiekuńczo- wychowawczych oraz ponad 40 tysiącach rodzin zastępczych. Nie oznacza to jednak, że poszły za tym wysokie kwoty na utrzymanie dziecka. W każdym razie nie wszędzie.
Ryczałt na podopiecznego w placówce opiekuńczo-wychowawczej typu rodzinnego (Rodzinnym Domu Dziecka) to 660 zł miesięcznie, czyli nieco ponad 20 zł dziennie, natomiast dziecka niepełnosprawnego to 860 zł miesięcznie. - Kwota ta musi wystarczyć, innego wyjścia nie ma. Gdy dziecko jest zdrowe, to jakoś dajemy radę. Gorzej, gdy choruje. Wyprawa do specjalisty, zakup leków, często prywatna wizyta, bo na te refundowane z NFZ czeka się czasem miesiącami. Wszystkie pieniądze idą na leczenie. Bardzo droga jest również rehabilitacja. Nasze dzieci mają różne problemy zdrowotne i edukacyjne – mówi pani Iza, prowadząca jeden z Rodzinnych Domów Dziecka w województwie świętokrzyskim.
- Nocami piszemy projekty grantowe, startujemy w konkursach, aby zdobyć fundusze na dodatkowe zajęcia. Fundacja Świętego Mikołaja co roku ogłasza konkurs na przedsięwzięcia edukacyjne dla naszych dzieci, piszemy wnioski, błagamy też różne fundacje i osoby prywatne o pomoc w rehabilitacji czy opłaceniu turnusu rehabilitacyjnego. Raz na kilka lat Fundacja Orlen sponsoruje całej rodzinie wczasy w Mrzeżynie, raz na 6 lat, nie częściej – dodaje.
O wiele wyższy jest koszt utrzymania dziecka w rodzinie zastępczej, państwowym Domu Dziecka czy Domu Małego Dziecka i może wynosić od 1,6 tys. zł do nawet 6,5 tys. zł – w zależności od liczby dzieci, opiekunów, zatrudnionych osób, wielkości obiektu, niepełnosprawności wychowanków czy ich wieku itp. Roczne wydatki samorządów na utrzymanie dzieci w pieczy zastępczej to 1,67 mld zł rocznie, utrzymanie dzieci w placówkach opiekuńczo-wychowawczych to kolejny 1 mld zł, natomiast w rodzinach zastępczych 670 mln zł.


 Sedno sprawy - co Oni z nami robią? Co musi się stać, żebyśmy zrobili z tym porządek? Ruszmy cztery litery, bo za kilkanaście lat może nie być komu walczyć o ten kraj...
Jeżeli jest ktoś, kto chciałby założyć partię polityczną, nową, bez naleciałości i układów, niech da znać. Możemy napisać statut i zacząć walkę o zmiany. Jeżeli w to głęboko uwierzymy, to może się udać! 

środa, 30 maja 2012

Chlust, chlust słychać chlust

Dziś w nieco humorystycznym tonie, gdyż po dniu takich wrażeń, nie można inaczej.
Czas: Godziny poranne
Miejsce akcji: mały pokój dziecinny
Aktorzy: Misia, Michał, Mama

Środkiem pokoju idzie najmłodszy z rodziny - Michał. Nagle "chlust", pół pokoju zostaje zalane.
Po trzydziestu sekundach drugie "chlust" i część szafek oraz dywan zostają "ochrzczone".
Michalinka widząc co się dzieje, pomimo trwania w stanie wychodzenia z choroby, decyduje się na swoje trzy "chlustnięcia". 
W drzwiach stoi mama Żaneta i już wie, że wiaderko nic nie da. Bo przy dwóch cieknących kranach znajdujących się z dala od siebie nie złapie się wody do jednego wiadra. 
Michał przy okazji popuścił z dolnego zaworu, tak więc po zakręceniu kurka, mama Żaneta bierze "chlustaczy" pod pachy i do wanny.
Później ememsy idą patrzeć na TV a mama zamienia się w ekipę sprzątająco-piorącą.

Czas: Południe
Miejsce akcji: dom
Aktorzy: Michał, Mama

Misia została zabrana przez babcię na wycieczkę na niedalekie osiedle - czyli do domu babci i dziadka.
W tym samym czasie Michał starał się, aby Mama nie miała zbyt dużo wolnego czasu. Kilka razy pochlustał siebie, ale częściej wołał "pupa" wskazując na pampersa. Kąpaniom i przebieraniom nie było końca.

Czas: Wieczór
Miejsce akcji: duży pokój
Aktorzy: Michał, Misia, Mama, Tata

Tata wrócił do domu, czas więc wysilić się na lepsze pokazy chlustyczne. Zaczęła Misia, która dwoma "wyrzutami" spowodowała zalanie połowy pokoju. Po chwili dołączył do niej Michał i nie oszczędził ściany oraz drzwi. Michał w ogóle zrobił na mnie ogromne wrażenie, gdyż On w przeciwieństwie do Misi, nie przestawał pić i jeść pomiędzy chlustnięciami. Przy przedostatnim pokazie, Michaś w jednej ręce trzymał biszkopta a drugą przytrzymywał miskę na efekty swoich chluśnięć. Po pierwszym chluśnięciu popatrzył na biszkopta, po drugim zawołał "am", a po trzecim jak gdyby nigdy nic zaczął go jeść. Myślałem, że padnę ze śmiechu. Michałek to artysta jakich mało. Jego chluśnięcia nie są tak przerażające jak Misi, która już rozumie, że coś nie tak i ją to boli. Michałek idzie i w pewnym momencie robi dziubek i chlusta, po czym jak gdyby nigdy nic wraca do codziennych zajęć...

Dzisiejszy dzień to łapanie, sprzątanie, pranie, przebieranie i tak można zapętlić sobie wspomniane wyrazy przynajmniej kilkanaście razy. Żaneta to kobieta o niewyczerpanych pokładach energii. Wiem, że poradzi sobie w każdej sytuacji, nawet bez mojego oparcia. Jutro szykuje się długi dzień w pracy. Mam nadzieję, że po powrocie nie zastanę mojej żony w drzwiach z informacją "biegnij po proszek, bo się skończył miesięczny zapas"...
Tata Adam

wtorek, 29 maja 2012

Idzie ku lepszemu...




Dziś muzyka w wykonaniu wspaniałej osoby - Pani Moniki Kuszyńskiej, która jest wzorem dla poszukujących sił do dalszej walki... Była wokalistka grupy Varius Manx, Monika Kuszyńska, która od czasu wypadku samochodowego w 2006 roku porusza się na wózku, nie poddała się  zwątpieniu i po kilku latach intensywnej rehabilitacji wróciła do swojej pasji, jaką jest śpiewanie, za co otrzymała wyróżnienie Lady D. Wkrótce Monikę Kuszyńską zobaczymy w "Superpremierach", na tegorocznym festiwalu w Opolu. Trzymamy kciuki Pani Moniko!

Dziś kilka słów o tym, co wydarzyło się przed chorobą Misi i dniu dzisiejszym. Zanim Misię dopadło choróbsko, wspólnie z Michałkiem pluskali się w wodzie.
 Michałek tak szalał, że nawet w domu wszędzie było go pełno. Efektem tego wypełniania przestrzeni była śliwa wielkości kilku centymetrów, powstała wskutek próby przesunięcia czołem przez osobnika Michała M. framugi drzwi z pokoju rodziców. W zderzeniu tych dwu materii jak widać większą wytrwałość wykazał metal...
 Później byliśmy na koncercie wspomnianej powyżej Moniki Kuszyńskiej. Najbardziej podobał się nam utwór o aniołach.
 W drodze do domu Misia z Mamusią wstąpiły do "Drewnianego bociana" na małe co nieco...
 A w domu jak w domu, codzienność :)
( i żeby nie było, zabawa kontrolowana - w końcu dzieci też muszą wykazać się inwencją :P )
 Dzień Mamy zaczął się równie pięknie jak ubiegłoroczny Dzień Dziecka
 i niestety równie źle zakończył. Misia z godziny na godzinę traciła się w oczach
 Michałek chciał spać z siostrą
Dziś sytuacja wyglądała dużo lepiej. Misia po trzech dniach zaczęła się uśmiechać, gorączka znikła, zjadła pół kromki na śniadanie i rosołek na obiad. To Jej pierwsze jedzonko od 3 dni ( poza biszkoptem w dniu wczorajszym ). Byliśmy też na chwilę w Silesii. Misię, choć bolał brzuszek, nie trzeba było namawiać do pojeżdżenia na karuzeli.
Po powrocie do domu Misia słodko usnęła. Mamy nadzieję, że jutro ustąpi ból brzuszka i już wszystko wróci do normy. Szkoda tylko, że jutro muszę iść do pracy i znów Żaneta zostanie ze wszystkim sama... 
Tata Adam

niedziela, 27 maja 2012

Misia w szpitalu

Od wczoraj wieczór nasza mała córeczka zaczęła się źle czuć. Wymiotowała, miała biegunkę i bardzo bolał ją brzuszek. Miniona noc to katorga dla Michalinki, która co chwilę się budziła i wymiotowała ( z sześć, siedem razy ). Nie chciała nic pić i jeść. Dziś rano zjadła kromeczkę i trochę wypiła, przestała też wymiotować, więc myśleliśmy, że jest poprawa. Niestety około 11.00 choroba wróciła ze zdwojoną siłą. Misia stała się apatyczna, śpiąca i zaczęła zwracać nawet te kilka kropel herbaty czy wody, które przemyciliśmy do Jej środka, namawiając Ją, żeby wypiła. Decyzja mogła być jedna. Jedziemy do szpitala na Ligocie.
 Na "dzień dobry" było ukłucie w palec i pobranie krwi. Wyniki były dobre, poza NUET ( neutrofilami ), co wskazywać może na ostre zakażenia bakteryjne jak to określiła Pani doktor. Ale żeby się upewnić należało zbadać mocz. Po podaniu kroplówki Misia wreszcie się wysikała ( od rana do 17.00 raz ). Aceton w moczu wyszedł na trzy plusy, co oznaczało potwierdzenie diagnozy. Aceton pojawia się w moczu w podwyższonej ilości m.in. w przypadku uporczywych wymiotów, gorączki, zatrucia, biegunki.
Michalinka czas pierwszej kroplówki przespała. Bardzo się bała lekarza i igły, ale i tak była dzielna. Wokół było sporo płaczących dzieci i sam dźwięk mógł odstraszyć.

Po podaniu drugiej kroplówki Misia zjadała jeszcze 3 biszkopty oraz wypiła trochę herbatki i udało się nam ją namówić do wysikania się po raz drugi. Okazało się, że wynik Acetonu jest w normie. Tak więc dostaliśmy zgodę na powrót do domu z zaleceniem, żeby obserwować Misię w dniu jutrzejszym i jeżeli wymioty będą się powtarzać, będziemy musieli wrócić do szpitala. Jeżeli nie, to we wtorek idziemy do rejonu zdjąć wenflon.  Po powrocie do domu, Misia od razu usnęła. Mamy nadzieję, że będzie dobrze.

Chciałem na koniec napisać, że mam najwspanialszą żonę na świecie. Jest tak oddana swoim dzieciom, że nie znam drugiej takiej mamy. Żanetko, jesteś aniołem. Nawet Misia tak ostatnio powiedziała: "Aniołek Misiu idzie do Aniołka czyli Mamusi". Dziękuję Ci za każdy dzień. Wiem, ile te dwa ostatnie dni cię kosztowały zdrowia i nerwów. Wiem, że często czujesz się samotna, że mnie nie ma ( jutro znowu będziesz sama ), ale wiem też, że jeżeli ktoś może sobie poradzić z tak trudnymi problemami, to właśnie jesteś Ty. Doceniam to, jak się poświęcasz i ile serca i miłości dajesz naszym dzieciom. Kocham Cię!

Dziękuję wszystkim znajomym i Przyjaciołom za pamięć, smsy i wpisy na Facebooku. Wierzymy, że te trudne chwile szybko miną, że to zwykłe zatrucie, które za kilka dni będzie historią, bez potrzeby powrotu do szpitala... 
 
Tata Adam

sobota, 26 maja 2012

"A kto mi to kupił???"

Takie pytanie pada kilka razy dziennie z ust Michalinki. Zakładam jej bluzkę, pyta kto ją kupił. Bawi się zabawką, pyta kto Jej kupił. A jak odpowiadam, że tatuś lub babcia to Misia na to " a nie TY?", "tylko Tatuś?", "sam?". O matko i córko, ileż Ona tych pytań potrafi zadać! Z domu nie ruszy się bez pluszaka lub plecaczka zapakowanego zabawkami i zawsze przed wyjście pada pytanie - " mamusiu a mogę zabrać na spacerek...? " i wymienia. Oczywiście, że może ale jedną rzecz :). A wtedy się zaczyna, "ale osiołek będzie płakał....". I w ten sposób wyjście z domu zajmuje nam pół godziny, choć to wiosna a nie zima, bo i Michaś nie da się przebrać i gonitwa się zaczyna na całego. Ale mamy wesoło, nie da się ukryć ;) 


Z okazji Dnia Matki wszystkim mamusiom życzę zdrówka, uśmiechu i pociechy z dzieci. Byśmy czuły się zawsze kochane i spełnione w swojej najważniejszej roli. 
 Pozdrawiam 

Mama Żaneta
 
P.S. Ja również dołączam się do życzeń :) Niech każdy dzień będzie dla Was otulony promieniem słońca i przesiąknięty zapachem Miłości. Poza tym ten post jest 300 na naszym blogu, tak więc mamy małą rocznicę :)
Tata Adam 

 Powyższy fotomontaż to prezent od Lalucci i Daszki. Dziękujemy!!!

sobota, 19 maja 2012

A góry nad nami jak niebo...




Decyzja zapadła wczoraj wieczorem - "w sobotę ma być piękna pogoda, a więc robimy wypad w Beskidy". Jak pokazał poranek, czasami warto zobaczyć prognozę pogody.
Po wyjściu z pociągu na stacji Ustroń Zdrój, który notabene nie był pierwszej czystości i poruszał się z prędkością konia, ciągnącego furmankę ( z Katowic do Ustronia jest około 80 km jeśli się nie mylę, 2 godziny jazdy daje średnią prędkość 40 km/h ), dzieci od razu poprosiły o loda. Po takich katuszach, nie mogliśmy im odmówić.
Gdy lód znalazł się w żołądku ( choć nie cały, bo koszulka i body też były głodne i dzieci poczęstowały je lodem ), ruszyliśmy w kierunku Wisły. Tam zawsze kierujemy najpierw nasze kroki. Misia słuchała z uwagą jak mówiliśmy gdzie zaczyna swój bieg a gdzie wpływa Wisła. Sesja zdjęciowa poniżej :)
Po wyjściu z wody, przyszedł czas na zabawę w "co mi zrobisz jak mnie złapiesz :)"
Udając się w kierunku centrum Ustronia zaliczyliśmy przystanek obowiązkowy: Plac zabaw 1
Wspólne zdjęcie dzięki aparatowi na kamieniu :)
W amfiteatrze odbywała się impreza regionalna, więc weszliśmy chwilę popatrzeć...
... i zjeść pyszny bigos. Zresztą poniższe zdjęcia oddadzą klimat uczuć naszych ememesów do bigosu
Po posiłku czas na taniec
Kilka fotek w parku obok amfiteatru
Poniższą zrobiła nam Michalinka :)
Nasza córcia jest coraz mądrzejsza, co bardzo nas cieszy :)
Kolejny przystanek: Plac zabaw 2
Pamiątkowe zdjęcia przy makiecie na rynku
Kochanie, ten kosz jest dla Ciebie
Mamusiu, a ja Ci ofiaruję kwiatowy tort
Po długim spacerku czas na posiłek. Chłodnik z buraków
Naleśniki z gyrosem i tzatikami...
oraz naleśnik toskański z mozarellą i cukinią
Dzieci miały zjeść naleśnik z nadzieniem ruskim ( wybrała Misia ), ale nie poszło im to zbyt dobrze
Michałek podczas obiadu wyglądał na wypoczętego i zrelaksowanego :) Obudził się tuż przed posiłkiem
Po obiedzie ruszyliśmy w kierunku Wisły
Misia usnęła kamiennym snem w autokarze
Jako że pociąg Regio mieliśmy dopiero za 1,5 h, postanowiliśmy wrócić Kolejami Śląskimi. Jakaż była nasza zdziwiona mina, gdy okazało się, że przejazd w tych luksusowych warunkach jest tańszy o jakieś 3 złote od przejazdu pociągiem Regio. Może się komuś wydawać, że różnica nie duża, ale to przy kwocie 18 zł daje blisko 17% taniej!
W trakcie drogi niezbędnikiem podróżnika był telefon komórkowy i bajka "Ciekawski Geroge"
I na koniec nasze dzieciaki i ich miłość do siebie. Dziś gdy Michałek był niegrzeczny, zażartowaliśmy, że jak przyjdzie Pan konduktor to go zabierze. Michał się uspokoił, przychodzi po jakichś 15 minutach Pan konduktor, a Misia na to widząc go z daleka: "Tylko nie pozwólcie zabrać Michałka! Tatusiu trzymaj go, żeby ten Pan go nie zabrał." "Misiu, nie chcesz, żeby Pan zabrał Michałka?" - pyta Mamusia. "Nie, bo będę bardzo płakała!" - odrzekła nasza wspaniała córcia. Czasami są zazdrośni o zabawki, ale kochają się na zabój :)
Tata Adam