Wszystkie posty oraz zdjęcia w postach na tym blogu są naszą własnością! Nie wyrażamy zgody na kopiowanie, przetwarzanie i rozpowszechnianie tych materiałów w całości lub w części bez naszej zgody. W wypadku naruszenia praw autorskich, na podstawie art. 78, art.81 Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994 r. Dz. U. 1994, nr 24, poz. 83, tekst jednolity: Dz. U. 2006, nr 90, poz. 631, sprawa zostanie skierowana do odpowiednich organów.

niedziela, 4 marca 2012

Urodzinowa wycieczka...


W piątek 2 marca moje serduszko obchodziło urodziny. Jako że ostatnio przez chorobę naszych smyków Żaneta praktycznie w ogólne nie mogła wyjść z domu, chciałem uczcić ten dzień wyjeżdżając "sam na sam" do Warszawy. Najpierw jednak po powrocie z pracy był skromny tort i kwiaty...
 O 23.45 w piątek wsiedliśmy więc do Polskiego Busa i wyjechaliśmy do Warszawy. Plan był taki - jeżeli podróż do stolicy i zwiedzanie zmęczą nas na tyle, że nie będziemy w stanie czekać na powrotnego busa po północy, wrócimy pociągiem. Bilety na Polskiego Busa kupiliśmy w promocji, więc dużo byśmy nie stracili ( 10 zł ). Na miejsce dojechaliśmy o godz. 4.30. Wyszliśmy z autobusu i ... biegiem ruszyliśmy do oddalonej o 100 metrów stacji metra Wilanowska. Było przeraźliwie zimno, które powodował silny wiatr. Gdyby nie on, nie byłoby problemu. W metrze spędziliśmy blisko 1,5 h :) do momentu, gdy nie wzeszło słońce - było odrobinę cieplej, więc ruszyliśmy w kierunku dworca PKP, aby zjeść pyszne śniadanie w Green Coffee ( kanapka z ciemnego chleba z kurczakiem w sosie curry, tarta z indykiem i cukinią ).
 Gdy już napełniliśmy żołądki, ruszyliśmy zwiedzać Warszawę jakiej nie znamy z poprzednich wycieczek. Udaliśmy się w tym celu w kierunku SKM ( Szybka Kolej Miejska ) i tu pierwszy szok - jakość, szybkość, cena powaliły nas z nóg - za bilet 24 h na tramwaj/autobus/metro/SKM - 12 złotych ( ulgowy 6 ). Warunki na zdjęciu poniżej...
Wysiedliśmy na przystanku Warszawa Wschodnia. Jak pisałem powyżej, mieliśmy podjąć decyzję co do formy powrotu - dwa czynniki zdecydowały o powrocie busem - po pierwsze byliśmy umówieni z Przyjaciółmi na konkretną godzinę i musielibyśmy zmieniać również ich plany, po drugie od 1 marca zmienił się rozkład jazdy i pociąg, którym mielibyśmy wracać z godziny 16.45 IR zniknął ze spisu. Po szybkiej analizie rozkładu okazało się, że w tym przypadku najtaniej ( jeżdżąc do Warszawy zawsze jeżdżę ( jeździłem ) IR, gdyż mam zniżkę i za bilet płaciłem 29 złotych ) byłoby nam jechać IR do Krakowa ( ok. 18.20 ) i w Krakowie przesiadka na TLK do Katowic 22.05. Ale w takim przypadku i tak bylibyśmy w okolicach północy w Katowicach. Po rozmowie doszliśmy do wniosku, że pobyt u Przyjaciół pomoże nam odpocząć po całonocnej jeździe i całodziennym zwiedzaniu i damy radę poczekać na nocnego busa, którym dotrzemy o 5.00 nad ranem do Katowic.
Wyszliśmy z dworca Warszawa Wschodnia i pierwsze kroki skierowaliśmy ku Stadionowi Narodowemu. Stadion sam w sobie ładny, jednak jego okolice i zerowa wręcz infrastruktura nas zszokowały - jak można organizować mecz otwierający stadion, który jeszcze nie ma całego zaplecza? To tak jak zaprosić na spektakl, ale poza sceną pozostała część budynku teatru byłaby niedokończona.
Później przyszedł czas na prysznic...
 ...rozmowę z ludem podziemnym...
...  i wywiad z wiatrem.
Oczywiście opisujemy tu eksponaty mieszczące się w Parku Odkrywców przed budynkiem Centrum Nauki "Kopernik" w Warszawie, gdzie można było usłyszeć szeptacze ( coś w stylu szumu wody ), echo czy wziąć udział w "konferencji". Ale atrakcje zaczęły się dopiero wewnątrz "Kopernika". Nie sposób w tym poście opisać wszystkiego, jednak kilka poniższych zdjęć może pomoże Wam ocenić wartość tego miejsca.Najpierw wzięliśmy udział seansie "Słoneczna podróż" w planetarium "Niebo Kopernika", a później zaczęliśmy zwiedzać galerie Centrum. Zaraz przy wejściu znajduje się wahadło Foucaulta, które dowodzi obrotu Ziemi wokół własnej osi. 

Wsłuchujemy się w odgłosy zwykłych urządzeń domowych
Gra na "laserowej harfie"
Próbowaliśmy dostosować prędkość gramofonu tak, aby usłyszeć z głośników "normalny" dźwięk
Przedmioty pod mikroskopem
 Nasze wspólne dzieło - igloo
Żaneta próbowała mnie narysować, jednak to co wyszło nie nadaje się do zaprezentowania :)
Komputer po analizie naszych postaci stwierdził, że to Żaneta jest bardziej szczęśliwa :)
 Na testerze temperamentu wyszło nam obojgu, że jesteśmy flegmatykami. Pozwolę sobie zaprotestować ! :)
 Gdybyśmy chcieli zaprezentować wszystkie zdjęcia, musielibyśmy "wrzucić" ich kilkaset. Maszyn, urządzeń i innych zabaw jest w Centrum Nauki tyle, że starczy spokojnie na 5 godzin pobytu. My wyszliśmy po blisko 4 godzinach, gdyż czas nas gonił, a mieliśmy jeszcze kilka spraw do załatwienia. Jeżeli zastanawiacie się, czy wybrać się na wycieczkę do Centrum Nauki to gorąco Wam polecamy. Warto poświęcić 40 zł ( bilet normalny na wstęp do planetarium 18 zł i Centrum Nauki 22 zł ) i przeżyć wspaniałe chwile. Trzeba przyznać, że jedynym mankamentem jest ilość osób - kolejki do kas były ogromne. Wyjeżdżającym podpowiadamy - jeżeli chcecie kupić bilet w tym samym dniu i zamierzacie iść również do planetarium, to właśnie w planetarium zakupcie bilety. Są tam duuużo mniejsze kolejki i dużo szybciej dostaniecie się do środka.


Ze względu na wiatr, pomimo bezchmurnej pogody, zrezygnowaliśmy z odwiedzin warszawskich Łazienek i udaliśmy się do SFINKSA na pyszny obiadek. Później ruszyliśmy do Arkadii na planowane zakupy ( Żaneta po spotkaniu z Dukanem musiała wyrzucić połowę ubrań z szafy, więc coby nie chodzić w bieliźnie, zdecydowała się na zakup kilku ciuszków ), a stamtąd do naszych Przyjaciół Aldony i Pawła. Aldonę znałem z czasów "młodości", że tak to nazwę. Nie widzieliśmy się bardzo długo, więc trochę obawiałem się naszego spotkania, tym bardziej, że w międzyczasie obydwoje zmieniliśmy status z "wolny" na "zajęty dożywotnio" i w tym gronie spotykaliśmy się po raz pierwszy. Jak zwykle obawy okazały się wyimaginowanymi czarnymi postaciami z komiksu, który nigdy nie został wydany. Aldona i Paweł ugościli nas po królewsku - nie będziemy tu rozpisywać jak nam się podobało, ale były to wspaniałe godziny wypełnione wspomnieniami, przeglądaniem zdjęć, oglądaniem filmów rodzinnych, konsumowaniem tortilli własnoręcznie przygotowanych przez gospodarzy, delektowaniem się winem z likierem, serem Correggio, kromeczkami z dżemem o smaku kaktusa i banana i innymi  specjałami. Na koniec graliśmy w Xbox Kinect i przyznam szczerze, że dawno tak się z siebie nie śmiałem... Dziękujemy Wam za to kochani. Czekamy na Was w kwietniu!


Gdy dojeżdżaliśmy do przystanku Metro Wilanowska, pierwszy raz zadzwonił  telefon - "doszło do tragedii niedaleko Zawiercia". Na początku nie pomyśleliśmy o tym, że ktoś mógł pomyśleć... Później był drugi, trzeci, czwarty telefon. Jeden z nich sprawił, że się rozpłakaliśmy  - dzwoniła Marta, bo dowiedziała się od Karola, że był wypadek i Karol zapytał, czy już wróciliśmy do Katowic. Marta pamiętała, że chcemy wracać w nocy. Złapała za telefon - wykręciła numer. Nie odebraliśmy, bo nie słyszeliśmy. Po chwili Żaneta się zorientowała i oddzwoniła. Gdy Marta usłyszała głos Żanety, że u nas wszystko dobrze i że zaraz jedziemy busem zapadła po drugiej stronie cisza, którą przerywało łkanie. Nasza Przyjaciółka płakała ze szczęścia, że nie jechaliśmy pociągiem. My też płakaliśmy.
Dojechaliśmy do domu szczęśliwie. Już w drodze wiedzieliśmy, że kilkunastu osobom się nie udało, świeca ich życia zgasła.
Wieczny odpoczynek racz im dać Panie...
Gdy wróciliśmy do domu, przespaliśmy się trochę i po przebudzeniu dzieci mocno Je wyściskaliśmy. Ja wyściskałem je chyba tak mocno jak nigdy wcześniej.


WSZYSTKIM którzy dzwonili i martwili się o nas  - DZIĘKUJEMY.

Dziś po południu podlewaliśmy doniczkową Gerberę, którą Żaneta dostała na urodziny i zauważyliśmy za jednym z listków ukryty miniaturowy kwiatek, który dopiero "budzi się do życia". Zdjęcie nie oddaje miniaturowości, gdyż jest robione w trybie makro. Ciekawe, co ten mały, ukryty kwiatek symbolizuje...
Tata Adam

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz