Wszystkie posty oraz zdjęcia w postach na tym blogu są naszą własnością! Nie wyrażamy zgody na kopiowanie, przetwarzanie i rozpowszechnianie tych materiałów w całości lub w części bez naszej zgody. W wypadku naruszenia praw autorskich, na podstawie art. 78, art.81 Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994 r. Dz. U. 1994, nr 24, poz. 83, tekst jednolity: Dz. U. 2006, nr 90, poz. 631, sprawa zostanie skierowana do odpowiednich organów.

środa, 8 czerwca 2011

Na granicy

Dmuchaliśmy z Żanetą bańki mydlane. Ot, zwykła zabawa. Raz ja, raz Żaneta. Michalinka i Michał byli wniebowzięci. Szczególnie Misia miała ubaw, biegając za bańkami i "łapiąc" je w ręce. Nie czułem się jakoś inaczej. Bolała mnie trochę głowa w tylnej części, ale brałem to jako efekt kilku zdarzeń - kilka dni wcześniej stałem przez 30 minut w pełnym słońcu i po powrocie do domu musiałem wziąć od razu chłodny prysznic, gdyż czułem się jakoś dziwnie. Poza tym brałem przez 5 dni Tabcin i Panadol na przeziębienie - ostatni raz 31 maja. No i 29 maja chciałem głową przestawić szafkę kuchenną. Niestety róg szafki w który uderzyłem, ani drgnął. Te wszystkie sytuacje usprawiedliwiały w mojej ocenie ból głowy. Nagle poczułem, że leci mi coś z nosa. Myślałem, że znowu wraca katar. Ale po chwili zobaczyłem krew. Po raz kolejny krew - stwierdziłem, gdyż dwa dni wcześniej też miałem chwilowy krwotok. Wstałem i poszedłem do łazienki, żeby przemyć twarz i wziąć zimny okład na kark i czoło. Żaneta pomagała mi we wszystkich czynnościach. Pochyliłem głowę do przodu nad umywalką i czekałem na zatrzymanie upływu krwi. Ale z każdą chwilą płynęła szybciej. Już nie kapała w rytmie 2 sekundowym, ale w ciągu sekundy skapywały 2 krople krwi. A więc czterokrotnie szybciej. Zacząłem przeczuwać, że to coś innego niż dotychczas i że może skończyć się wizytą u laryngologa. Wszedłem do wanny i wziąłem zimny prysznic, ale nic to nie pomagało, a krew leciała już tak szybko, że nie można było liczyć kropli - płynęła niczym z kranu. Poprosiłem moją ukochaną, żeby zadzwoniła na pogotowie. Poradzili, żeby zatkać otwór nosowy, z którego wylatuje krew i pochylić się nad jakąś miską i tak czekać na przyjazd karetki. Zrobiłem tak. Niestety nie minęła nawet minuta, a z drugiego otworu zaczęła płynąć krew. Zatkałem więc i drugi otwór i czekaliśmy na pogotowie. Trzeba przyznać, że przyjechali szybko. Zaczęli od wywiadu, a później pomiar ciśnienia - 230/120. W tle słyszałem głos Żanety, która poszła do Michałka - "Adaś, Michałek sam wstał w łóżeczku!" Obok stała Michalinka, której nie dało się wyprowadzić z przedpokoju, bo zaczynała płakać. Chciała być przy Tatusiu. Powtarzała "Tatuś krew". Lekarz podał mi zastrzyk obniżający ciśnienie. Po sprawdzeniu ciśnienie spadło tylko do 220/120. Decyzja mogła być jedna - laryngologia a później hospitalizacja. Gdy wychodziliśmy widziałem ogromny smutek w oczach Żanety i Michalinki. Smutek nie do zapomnienia. Strasznie się bałem. Lekarz mówił, że wystąpił u mnie przełom ciśnieniowy i prawdopodobnie mam szczęście, że pękła żyłka w okolicach nosa, a nie gdzieś w środku głowy, ale to nie jest pewne. Na laryngologię dotarliśmy około 21.00. Tam założono mi tamponadę do jednego otworu nosowego, gdyż stwierdzono, że do drugiego nie trzeba. Zmierzono mi ponownie ciśnienie - 210/120. Ostateczna decyzja - izba przyjęć. Na Izbie byliśmy o 21.15. Zmierzono mi ponownie ciśnienie, pobrano krew i zrobiono EKG. W międzyczasie przyjechała do mnie moja najwspanialsza żona, która nie chciała mnie zostawić w tych trudnych chwilach, a karetka nie chciała Jej wziąć razem ze mną. O 22.00 byłem na oddziale. Pokój 422. Łóżko było dostawione i obłożone jednorazową zieloną pościelą. Podano mi kroplówkę Nitro. Żaneta pojechała do domu po 23.00 a mnie z każdą minutą bolała coraz bardziej głowa, czułem obręcz, która się zaciska i spowoduje, że głowa zaraz wybuchnie w okolicach potylicy.

 Zgłosiłem to personelowi. Powiedziano mi, że jest to efekt kroplówki i podadzą mi pyralginę na ból głowy. Tuż przed północą poczułem krew na tylnej ścianie gardła, o czym poinformowałem pielęgniarkę. Przekazała, że jutro wezwą laryngologa. Noc była koszmarna - nie mogłem spać na plecach, bo ból głowy był nie do zniesienia, ręce i nogi mi cierpły, co kilkanaście minut musiałem wstawać, aby wypluwać nagromadzoną krew w gardle. Rano skończyła się kroplówka. Zmierzono mi ciśnienie - 200/120. Podczas wizyty zdecydowano o podaniu kolejnej kroplówki Nitro. Przed godziną 15.00 (2 czerwca) zgłosiłem, że ból jest nie do wytrzymania, że trzęsą mi się ręce i czuję, że tracę świadomość - pomału odchodzą moje siły witalne. Wówczas odłączono mi nitro. Z każdą chwilą czułem się lepiej, a siły wracały. Nawiasem mówiąc później okazało się, że jestem uczulony na Nitro. Przed 17.00 przyszedł laryngolog, który założył mi tamponadę do prawego otworu nosowego i polecił zgłosić się 4 czerwca na wyciągnięcie obu tamponad. Piękna perspektywa - oddychanie przed dwa dni buzią i zero wypróżniania nosa, czucia smaków i zapachów. Poza tym laryngolog stwierdził krew w uszach i zapowiedział usunięcie pozostałości ssawką. Tego dnia na żądanie rodziny zmieniono mi pościel z jednorazowej na zwykłą.
3 czerwca ciśnienie zaczęło się poprawiać. Jeszcze skakało - raz było 190/110, raz 170/110 a raz 210/120. Rano źle wbito mi welfrom i pojawiła się opuchlizna. Zgłosiłem to i zaraz "przepięto" mi go i dano maść Naproxen. Po południu na prośbę rodziny przeniesiono mnie z dostawki na łóżko szpitalne Wieczorem pielęgniarka rozdawała pacjentom tabletki nasenne. Miałem ochotę zabrać, ale przypomniało mi się, że przecież biorę kilka tabletek zapisanych przez lekarza. Zapytałem więc, czy ja mogę. Pielęgniarka wróciła po chwili z informacją, że ja już tabletkę nasenną mam w zestawie. To nie koniec zabawnych sytuacji z tabletkami. Następnego dnia przed obiadem podawano tabletki i gdy wziąłem swój kubek zauważyłem, że tabletek jest o wiele więcej niż dzień wcześniej. Okazało się, że pielęgniarka się pomyliła i podała mi dawkę wieczorną, ale przecież "nic takiego się nie stało". 4 czerwca ciśnienie zaczęło się normalizować - zatrzymało się na poziomie 170/110 co stało się dobrą oznaką na przyszłość. 5 czerwca - w niedzielę - podano mi dożylnie jeden zastrzyk ( zawsze były dwa ) cyklonaminę pomieszaną z syksacydem ( jakoś tak się nazywało ). Po wstrzyknięciu płynu zacząłem "odpływać". Serce zaczęło mi kołatać, pojawiły się zawroty głowy - ostatnimi siłami wstałem i poszedłem do pielęgniarki zgłosić problemy. Ta tylko wzruszyła ramionami i stwierdziła, że podała co jej zalecono. Udałem się więc do lekarki - ta zdziwiła się, że podano mi te dwa środki w jednym zastrzyku, zmierzyła mi ciśnienie i podała jakieś tabletki. Niedziela była w ogóle straszna, gdyż tylko do 10.00 trzykrotnie przyjeżdżał karawan, po tych co odeszli. Myśli o śmierci w pierwszych dniach nachodziły mnie często - szczególnie przy potwornym bólu głowy i nie zniżającym się ciśnieniu. Pamiętam, gdy moja matka kiedyś się źle poczuła. Odczuła jak Jej coś pękło w głowie. Pogotowie zawiozło ją do domu i poleciło wezwać następnego dnia lekarza rodzinnego. Lekarka przyszła i stwierdziła, że to zapewne świnka. Widziałem pogarszający się stan mamy i trzeciego dnia zawiozłem ją taksówką do szpitala, gdzie zrobiono mamie punkcję i wyszła krew. Stamtąd prosto na sygnale trafiła do Szpitala Górniczego w Sosnowcu. Miała małe szanse z wylewem, po tylu dniach. Jednak bez operacji szans nie było żadnych. Wylew był podpajęczynówkowy. Widziałem wtedy na oddziale ludzi z afazją, którzy zapomnieli wszystko co przeżyli, uczyli się mówić i chodzić. Uczyli się wszystkiego. Widziałem łóżka przykryte białym prześcieradłem... Mama po operacji wróciła do zdrowia. Nie było żadnych problemów po operacji, co zyskało miano "małego cudu".
Wracając do mnie - lekarz prowadzący podsumował to tak - życie mnie postraszyło, dostałem żółtą kartkę i muszę wyciągnąć wnioski z tego co się stało. Poza tym odstawienie coca coli i zażywanie leków na nadciśnienie do końca życia.
Dziękuję przede wszystkim mojej ukochanej Żanecie, która wspierała mnie w każdej chwili, pomimo obowiązków domowych przygotowywała dla mnie obiady i codziennie na kilka godzin przyjeżdżała. W takich chwilach obecność najbliższej osoby jest niesamowitym wsparciem, impulsem do nie poddawania się.
Dziękuję również mamie oraz Kasi i Celinie, za obecność, opiekę nad dziećmi oraz pozostałą pomoc w trudnych chwilach. Kochamy Was :*

Widocznie jestem urodzony pod szczęśliwą gwiazdą, że nie pękła mi żyła w innym miejscu. Przez cały pobyt w szpitalu myślałem o mojej rodzinie, że mam dla kogo żyć, że jeszcze nie czas na przekraczanie granicy. Poza tym nie wziąłem paszportu. Czas wziąć się za siebie. Dziękuję Boże.
Tata Adam

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz