Wszystkie posty oraz zdjęcia w postach na tym blogu są naszą własnością! Nie wyrażamy zgody na kopiowanie, przetwarzanie i rozpowszechnianie tych materiałów w całości lub w części bez naszej zgody. W wypadku naruszenia praw autorskich, na podstawie art. 78, art.81 Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994 r. Dz. U. 1994, nr 24, poz. 83, tekst jednolity: Dz. U. 2006, nr 90, poz. 631, sprawa zostanie skierowana do odpowiednich organów.

piątek, 24 czerwca 2011

Dla Tatusia





„Spacer z tatą”

A kiedy będzie słońce i lato,
pójdziemy sobie na spacer z tatą.
Ja będę miała nową sukienkę,
tato mnie będzie trzymał za rękę.
Pójdziemy wolno, prosto przy drodze,
będziemy skakać na jednej nodze.
Miniemy kino, szkołę, aptekę,
jeszcze spojrzymy z mostu na rzekę,
jeszcze okruchy rzucimy falom,
kupimy w kiosku różowy balon.
Kiedy już będę bardzo zmęczona,
tato posadzi mnie na ramiona
(tacy będziemy jak nikt szczęśliwi).
A wokół ludzie będą się dziwić
i wszyscy będą patrzyli na to,
jak na barana niesie mnie tato.

                                                       Małgorzata Mrózek- Dąbska

sobota, 11 czerwca 2011

Minol, Minolek, Mifał

 Tak właśnie jest nazywany Michałek przez Michalinkę. Nasza córeczka potrafi rozbawić do łez, a także wzruszyć. To jak bardzo kocha swojego braciszka, jak go przytula i przynosi zabawki - coś wspaniałego! Wyrywa czasami zabawkę młodszemu z powiadomieniem go, że to jej zabawka, ale częściej sama mu przynosi maskotki i grzechotki, stwierdzając, że są to zabawki Minola :) Rano pięknie wita młodego - z otwartymi ramionami i tekstem " cześć kochanie ", chcąc dać mu buziaka. Widok przepiękny! Gdy Misia nie widzi braciszka, pyta " gdzie Minolek??" Często też zakazuje młodszemu bratu wziąć zabawkę do buzi - "nie dolno buzi Minolu ", oczywiście z odpowiednim akcentem. Może uda się nam to kiedyś nagrać :) Kiedy my mówimy do małego - "Michał! Puść włosy mamy" to Misia powtarza i mówi "Mifał, nie ciągnij ".  W każdym racie chciałam Wam to jakoś zobrazować i pokazać, jak silna więź łączy nasze skarby. Bo przecież Michałek uwielbia swoja siostrzyczkę, a ona jego.
Teraz kiedy młody potrafi siedzieć i z łatwością się przemieszcza, zabawa z nim jest o wiele ciekawsza. Niestety przebieranie jest nadal koszmarem...  Z trudem zakłada mu się pieluszkę, bo w ogóle nie chce leżeć. Michaś jest bardzo silny! Jak złapie się łóżka to już nie puści, a jak potrafi ugryźć ... Te swoje 4 ząbki testuje na naszym ciele - ręka, broda i nos - wszystkiego chciałby spróbować. Wspaniale się rozwija i pewnie nie umie się doczekać, by razem z siostrą skakać po łóżku..
Mamy dla kogo żyć...
 Misia ogląda zdjęcie i pyta:
- kto to?
-Babcia Sylwia
- kto to ?
- ciocia Aga
-kto to?
- babcia Gabrysia
- nie, nie Gabrysia, tylko babcia
 Misia wskazuję palcem w górę i pyta :
- co to?
- lampa, tak?
- nie! Sufit
Już lubi się wymądrzać :P

Ulubiony tekst Misi - "matko boska"

Michalinka na pytanie jak się nazywa odpowiada - "Misia Malek"
Mama Żaneta

środa, 8 czerwca 2011

Na granicy

Dmuchaliśmy z Żanetą bańki mydlane. Ot, zwykła zabawa. Raz ja, raz Żaneta. Michalinka i Michał byli wniebowzięci. Szczególnie Misia miała ubaw, biegając za bańkami i "łapiąc" je w ręce. Nie czułem się jakoś inaczej. Bolała mnie trochę głowa w tylnej części, ale brałem to jako efekt kilku zdarzeń - kilka dni wcześniej stałem przez 30 minut w pełnym słońcu i po powrocie do domu musiałem wziąć od razu chłodny prysznic, gdyż czułem się jakoś dziwnie. Poza tym brałem przez 5 dni Tabcin i Panadol na przeziębienie - ostatni raz 31 maja. No i 29 maja chciałem głową przestawić szafkę kuchenną. Niestety róg szafki w który uderzyłem, ani drgnął. Te wszystkie sytuacje usprawiedliwiały w mojej ocenie ból głowy. Nagle poczułem, że leci mi coś z nosa. Myślałem, że znowu wraca katar. Ale po chwili zobaczyłem krew. Po raz kolejny krew - stwierdziłem, gdyż dwa dni wcześniej też miałem chwilowy krwotok. Wstałem i poszedłem do łazienki, żeby przemyć twarz i wziąć zimny okład na kark i czoło. Żaneta pomagała mi we wszystkich czynnościach. Pochyliłem głowę do przodu nad umywalką i czekałem na zatrzymanie upływu krwi. Ale z każdą chwilą płynęła szybciej. Już nie kapała w rytmie 2 sekundowym, ale w ciągu sekundy skapywały 2 krople krwi. A więc czterokrotnie szybciej. Zacząłem przeczuwać, że to coś innego niż dotychczas i że może skończyć się wizytą u laryngologa. Wszedłem do wanny i wziąłem zimny prysznic, ale nic to nie pomagało, a krew leciała już tak szybko, że nie można było liczyć kropli - płynęła niczym z kranu. Poprosiłem moją ukochaną, żeby zadzwoniła na pogotowie. Poradzili, żeby zatkać otwór nosowy, z którego wylatuje krew i pochylić się nad jakąś miską i tak czekać na przyjazd karetki. Zrobiłem tak. Niestety nie minęła nawet minuta, a z drugiego otworu zaczęła płynąć krew. Zatkałem więc i drugi otwór i czekaliśmy na pogotowie. Trzeba przyznać, że przyjechali szybko. Zaczęli od wywiadu, a później pomiar ciśnienia - 230/120. W tle słyszałem głos Żanety, która poszła do Michałka - "Adaś, Michałek sam wstał w łóżeczku!" Obok stała Michalinka, której nie dało się wyprowadzić z przedpokoju, bo zaczynała płakać. Chciała być przy Tatusiu. Powtarzała "Tatuś krew". Lekarz podał mi zastrzyk obniżający ciśnienie. Po sprawdzeniu ciśnienie spadło tylko do 220/120. Decyzja mogła być jedna - laryngologia a później hospitalizacja. Gdy wychodziliśmy widziałem ogromny smutek w oczach Żanety i Michalinki. Smutek nie do zapomnienia. Strasznie się bałem. Lekarz mówił, że wystąpił u mnie przełom ciśnieniowy i prawdopodobnie mam szczęście, że pękła żyłka w okolicach nosa, a nie gdzieś w środku głowy, ale to nie jest pewne. Na laryngologię dotarliśmy około 21.00. Tam założono mi tamponadę do jednego otworu nosowego, gdyż stwierdzono, że do drugiego nie trzeba. Zmierzono mi ponownie ciśnienie - 210/120. Ostateczna decyzja - izba przyjęć. Na Izbie byliśmy o 21.15. Zmierzono mi ponownie ciśnienie, pobrano krew i zrobiono EKG. W międzyczasie przyjechała do mnie moja najwspanialsza żona, która nie chciała mnie zostawić w tych trudnych chwilach, a karetka nie chciała Jej wziąć razem ze mną. O 22.00 byłem na oddziale. Pokój 422. Łóżko było dostawione i obłożone jednorazową zieloną pościelą. Podano mi kroplówkę Nitro. Żaneta pojechała do domu po 23.00 a mnie z każdą minutą bolała coraz bardziej głowa, czułem obręcz, która się zaciska i spowoduje, że głowa zaraz wybuchnie w okolicach potylicy.

 Zgłosiłem to personelowi. Powiedziano mi, że jest to efekt kroplówki i podadzą mi pyralginę na ból głowy. Tuż przed północą poczułem krew na tylnej ścianie gardła, o czym poinformowałem pielęgniarkę. Przekazała, że jutro wezwą laryngologa. Noc była koszmarna - nie mogłem spać na plecach, bo ból głowy był nie do zniesienia, ręce i nogi mi cierpły, co kilkanaście minut musiałem wstawać, aby wypluwać nagromadzoną krew w gardle. Rano skończyła się kroplówka. Zmierzono mi ciśnienie - 200/120. Podczas wizyty zdecydowano o podaniu kolejnej kroplówki Nitro. Przed godziną 15.00 (2 czerwca) zgłosiłem, że ból jest nie do wytrzymania, że trzęsą mi się ręce i czuję, że tracę świadomość - pomału odchodzą moje siły witalne. Wówczas odłączono mi nitro. Z każdą chwilą czułem się lepiej, a siły wracały. Nawiasem mówiąc później okazało się, że jestem uczulony na Nitro. Przed 17.00 przyszedł laryngolog, który założył mi tamponadę do prawego otworu nosowego i polecił zgłosić się 4 czerwca na wyciągnięcie obu tamponad. Piękna perspektywa - oddychanie przed dwa dni buzią i zero wypróżniania nosa, czucia smaków i zapachów. Poza tym laryngolog stwierdził krew w uszach i zapowiedział usunięcie pozostałości ssawką. Tego dnia na żądanie rodziny zmieniono mi pościel z jednorazowej na zwykłą.
3 czerwca ciśnienie zaczęło się poprawiać. Jeszcze skakało - raz było 190/110, raz 170/110 a raz 210/120. Rano źle wbito mi welfrom i pojawiła się opuchlizna. Zgłosiłem to i zaraz "przepięto" mi go i dano maść Naproxen. Po południu na prośbę rodziny przeniesiono mnie z dostawki na łóżko szpitalne Wieczorem pielęgniarka rozdawała pacjentom tabletki nasenne. Miałem ochotę zabrać, ale przypomniało mi się, że przecież biorę kilka tabletek zapisanych przez lekarza. Zapytałem więc, czy ja mogę. Pielęgniarka wróciła po chwili z informacją, że ja już tabletkę nasenną mam w zestawie. To nie koniec zabawnych sytuacji z tabletkami. Następnego dnia przed obiadem podawano tabletki i gdy wziąłem swój kubek zauważyłem, że tabletek jest o wiele więcej niż dzień wcześniej. Okazało się, że pielęgniarka się pomyliła i podała mi dawkę wieczorną, ale przecież "nic takiego się nie stało". 4 czerwca ciśnienie zaczęło się normalizować - zatrzymało się na poziomie 170/110 co stało się dobrą oznaką na przyszłość. 5 czerwca - w niedzielę - podano mi dożylnie jeden zastrzyk ( zawsze były dwa ) cyklonaminę pomieszaną z syksacydem ( jakoś tak się nazywało ). Po wstrzyknięciu płynu zacząłem "odpływać". Serce zaczęło mi kołatać, pojawiły się zawroty głowy - ostatnimi siłami wstałem i poszedłem do pielęgniarki zgłosić problemy. Ta tylko wzruszyła ramionami i stwierdziła, że podała co jej zalecono. Udałem się więc do lekarki - ta zdziwiła się, że podano mi te dwa środki w jednym zastrzyku, zmierzyła mi ciśnienie i podała jakieś tabletki. Niedziela była w ogóle straszna, gdyż tylko do 10.00 trzykrotnie przyjeżdżał karawan, po tych co odeszli. Myśli o śmierci w pierwszych dniach nachodziły mnie często - szczególnie przy potwornym bólu głowy i nie zniżającym się ciśnieniu. Pamiętam, gdy moja matka kiedyś się źle poczuła. Odczuła jak Jej coś pękło w głowie. Pogotowie zawiozło ją do domu i poleciło wezwać następnego dnia lekarza rodzinnego. Lekarka przyszła i stwierdziła, że to zapewne świnka. Widziałem pogarszający się stan mamy i trzeciego dnia zawiozłem ją taksówką do szpitala, gdzie zrobiono mamie punkcję i wyszła krew. Stamtąd prosto na sygnale trafiła do Szpitala Górniczego w Sosnowcu. Miała małe szanse z wylewem, po tylu dniach. Jednak bez operacji szans nie było żadnych. Wylew był podpajęczynówkowy. Widziałem wtedy na oddziale ludzi z afazją, którzy zapomnieli wszystko co przeżyli, uczyli się mówić i chodzić. Uczyli się wszystkiego. Widziałem łóżka przykryte białym prześcieradłem... Mama po operacji wróciła do zdrowia. Nie było żadnych problemów po operacji, co zyskało miano "małego cudu".
Wracając do mnie - lekarz prowadzący podsumował to tak - życie mnie postraszyło, dostałem żółtą kartkę i muszę wyciągnąć wnioski z tego co się stało. Poza tym odstawienie coca coli i zażywanie leków na nadciśnienie do końca życia.
Dziękuję przede wszystkim mojej ukochanej Żanecie, która wspierała mnie w każdej chwili, pomimo obowiązków domowych przygotowywała dla mnie obiady i codziennie na kilka godzin przyjeżdżała. W takich chwilach obecność najbliższej osoby jest niesamowitym wsparciem, impulsem do nie poddawania się.
Dziękuję również mamie oraz Kasi i Celinie, za obecność, opiekę nad dziećmi oraz pozostałą pomoc w trudnych chwilach. Kochamy Was :*

Widocznie jestem urodzony pod szczęśliwą gwiazdą, że nie pękła mi żyła w innym miejscu. Przez cały pobyt w szpitalu myślałem o mojej rodzinie, że mam dla kogo żyć, że jeszcze nie czas na przekraczanie granicy. Poza tym nie wziąłem paszportu. Czas wziąć się za siebie. Dziękuję Boże.
Tata Adam

czwartek, 2 czerwca 2011

Los nas nie oszczędza

Miał być wiersz Adama z okazji dnia dziecka, zdjęcia... Ale nie będzie...

Adam dostał wczoraj silnego krwotoku z nosa, wręcz kapało z niego. Zadzwoniłam na pogotowie, Adam o dziwo się zgodził, więc musiało być już bardzo źle, bo zwykle nie chce pomocy lekarskiej. Około 20.00 zabrało go pogotowie do szpitala. Ciśnienie miał 230/120, po podaniu silnego leku ciśnienie spadło tylko do 220! Teraz Adam czuje się w miarę dobrze, choć jest osłabiony. Dostał kroplówkę na całą noc i leki na uspokojenie. Ciśnienie miał 170/100. Wreszcie zaczęło spadać. Wciąż myślę i boję się o mojego najwspanialszego męża, którego kocham ponad wszystko. Wysyłam mu mojego Anioła Stróża by czuwał nad nim. W takich sytuacjach człowiek zaczyna bardziej doceniać swoje życie, które należy szanować, dbać o swoje zdrowie. Dziękuję Bogu, że tak się to wszystko skończyło. Lekarz stwierdził, że Adam miał szczęście, że krwotok był z nosa, a nie w głowie. Nawet nie chcę myśleć...

Ostatnio los nie jest dla nas zbyt łaskawy. Kto nas nie lubi może się teraz cieszyć, bo ostatnio spadają na nas problemy. Adam chorował ponad tydzień, mnie często boli brzuch, zepsuł nam się samochód, więc do pracy Adaś jeździ autobusem. Michalinka często płacze, bo boli ją pupcia - usiadła na bączek plastikowy... Ma siniaka, który ją bardzo boli. Nie wiem co mam robić. Zimne okłady? Zapytam w aptece może o jakąś maść. Już o problemach finansowych nie wspomnę. Czy to się wreszcie skończy? Pragnę tylko mieć zdrową rodzinę, nic więcej się nie liczy.

Trzymajcie kciuki za szybki powrót Adama do zdrowia. Może Wasze dobre myśli i modlitwa pomogą przetrwać ten ciężki dla nas okres.


P.S. I pewnie moja urodzinowa niespodzianka dla Adama nie wypali, bo jak na jego stan, jest zbyt rozrywkowa... 
Mama Żaneta