Wszystkie posty oraz zdjęcia w postach na tym blogu są naszą własnością! Nie wyrażamy zgody na kopiowanie, przetwarzanie i rozpowszechnianie tych materiałów w całości lub w części bez naszej zgody. W wypadku naruszenia praw autorskich, na podstawie art. 78, art.81 Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994 r. Dz. U. 1994, nr 24, poz. 83, tekst jednolity: Dz. U. 2006, nr 90, poz. 631, sprawa zostanie skierowana do odpowiednich organów.

piątek, 23 lipca 2010

Dla takich chwil warto żyć

Wakacje - powinien je mieć każdy, gdyż każdy zasługuje na prawo do odpoczynku od pracy, codziennych obowiązków itp. Niestety, w Polsce jeszcze przez wiele lat będzie to dla wielu osób niemożliwe z wielu powodów. Nam w tym roku udało się wyjechać do Władysławowa na kilkunastodniowy wypoczynek. Według nas Władek ma  w sobie coś magicznego, dlatego właśnie tam 3 lata temu wzięliśmy ślub i z utęsknieniem czekaliśmy na powrót do naszego trzeciego ukochanego miejsca w Polsce ( po Katowicach i Krakowie ).
Podróż była dosyć trudna, wziąwszy pod uwagę fakt, że wyjechaliśmy po dość długiej konferencji, którą miałem w pracy oraz to, że jechaliśmy w porze nocnej. Dlatego do Władka dotarliśmy po ponad 11 godzinach. Pierwszy dzień pobytu poświęciliśmy na zwiedzanie miasta oraz powitanie morza.
 "Aleja Gwiazd"
Kolejne dni upływały nam bardzo podobnie. Misia urządzała nam pobudkę po godzinie 6.00 rano ( gdyż nie było rolet i ciemnych zasłon tak jak w domu :) ), poranna toaleta, śniadanko i około 7.30 wyruszaliśmy na plażę, na której spędzaliśmy aktywnie czas ( inaczej Michalinka po 10 minutach oddaliłaby się w nieznanym kierunku ) do godziny 12.00 - 12.30. Później wracaliśmy do domu na dwu-trzygodzinny odpoczynek i po południu wyruszaliśmy na obiad oraz inne "atrakcje". Uczestniczyliśmy w koncercie zespołu "Porozumienie" w ramach spotkania "Góra Tabor 2010", w "Rybce we Władku", odwiedziliśmy Wesołe Miasteczko, zwiedziliśmy Jastrzębią Górę, Hel wraz z fokarium oraz kilka razy bawiliśmy się w karaoke. Było wspaniale.

Pierwsze chwile na plaży:
 Ile wody!
 Trzymana za rękę czuję się pewniej :)
Oliwia, pobawimy się razem?

I wszystko byłoby pięknie, gdyby w ciągu dwóch dni, nie przydarzyły się nam dwie smutne sytuacje. 4 lipca, w dniu wyborów, w trakcie wychodzenia do miasta, spadł na kamienną podłogę aparat, który towarzyszył nam przez kilka ostatnich lat. Bardzo się z nim związaliśmy, a robił piękne zdjęcia, dlatego pojechaliśmy do Rumii, żeby kupić podobny. Udało się nam kupić SX120 IS. Jest trochę gorszy w naszej ocenie ( choć to nowszy model ), ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma... Tego dnia na dodatek Misia, gdy ją przebieraliśmy, obsikała mnie :)
Druga sytuacja była o wiele bardziej przykra, ale o niej za chwilę...
 Skutki upadku :(

6 lipca był jedyny dzień pochmurny, który nie pozwolił nam na opalanie i beztroskie zabawy Misi w piasku. Ale to nawet dobrze, bo odpoczęliśmy od słońca, a Michalinka poznała morze od tej innej strony - wysokich fal, szumu wiatru oraz śpiewu mew, które ożywiły się przy tej pogodzie.
 7 lipca doszło do drugiej sytuacji, która prawie popsuła nam pobyt we Władysławowie. W trakcie śniadania Żaneta zwracała uwagę Misi, że nieładnie się zachowuje, jednocześnie nalewając wrzątek do szklanki. W sobie tylko wiadomy sposób, nie zauważyła, że szklanka się napełniła i dalej nalewała wodę. Ja także patrzyłem na Misię i w pewnym momencie usłyszałem przeraźliwy krzyk Żanety, która odstawiła szklankę na stół i czajnik na ziemię. Nie wiedziałem co się stało, ale gdy spojrzałem na Jej nogę, byłem przerażony - całe udo było oparzone. Żaneta szybko poszła pod prysznic, polewać nogę zimną wodą, a ja pobiegłem do pobliskiej apteki. Aptekarka poradziła posmarować ranę białkiem z jajka kurzego oraz dała Argosulfan. Posmarowaliśmy nogę białkiem, ale tylko raz, bo kilka godzin później powiedziano nam, że to może zaszkodzić. Argosulfanu w ogóle nie użyliśmy, gdyż w ulotce było ostrzeżenie dla kobiet w ciąży i podane ewentualne skutki. Tak więc nie pozostało nic innego, tylko polewanie nogi zimną wodą co jakiś czas i okrywanie rany jałowym gazikiem. 5 dni później noga wyglądała tak -
 Żaneta przez te dni bardzo cierpiała, nie dawała po sobie tego poznać, ale mnie nie musiała nic mówić, takie rzeczy się czuje. Misia rozumiała, że Mamusi stało się coś złego, bo pokazywała na to miejsce i mówiła "aja".
Pomimo bólu, Żaneta już od następnego dnia chciała chodzić na plażę. Córka naszej gospodyni stwierdziła po zobaczeniu rany, że gdyby ona miała taki uraz, zaraz udałaby się do szpitala, że nie wytrzymałaby tego bólu... Moja żona to bardzo dzielna kobieta, zawsze to wiedziałem, ale że jest aż tak silna, tego nie przypuszczałem...

Od następnego dnia korzystaliśmy znowu ze słońca, piasku i wody ( to ostanie oczywiście bez Żanety ). Misia bawiła się na piasku przepięknie
 A to moje ulubione zdjęcie - moje dwa skarby :) Tuż po wykonaniu tego zdjęcia okazało się, że na plaży zagubił się 4 letni Kuba. Oczywiście nikt ojcu, który biegł brzegiem jak szalony, nie pomógł. Tak więc wstałem i pobiegłem w przeciwną stronę.  Po 45 minutach zguba się znalazła. Jak na plażę wypełnioną kilkunastoma tysiącami ludzi, to i tak niezły czas.
 Misia nauczyła się na wakacjach pić mleko! Na zdjęciu po przebudzeniu z południowej drzemki, a tuż przed wyjściem na obiad.
 Obiady w restauracji "Pod papugami" były przepyszne. Michalinka już od progu wołała "am, am", bo wiedziała, po co tam wchodzimy :) Szczególnie polubiła zupy, które były zresztą bardzo tanie jak na podawaną ilość, kosztowały od 4 do 5 złotych.
 Następnego dnia pojechaliśmy do Jastrzębiej Góry. Michalinka po wyjściu z domu ruszała się jak mały samolocik, wszędzie Jej było pełno. W pewnym momencie zachciało się Jej wspinaczki, więc powiedzieliśmy: "Nie wchodź na schody", a Ona na to ... zakryła uszy :)
 Idąc drogą, często wyprzedzała nas o kilkadziesiąt metrów i robiła ... papa
 Na poniższym zdjęciu jesteśmy przy "Gwieździe Północy" - najdalej na północ wysuniętym punkcie Polski, znajdującym się w Jastrzębiej Górze
Zdjęcia z punktu widokowego
 Po powrocie do Władka, poszliśmy przed hotel Velaves, na spotkanie z dziennikarzami naszego ulubionego Radia Złote Przeboje. Na widok Pana Piotra, Misia się ..... zawstydziła! A zdarza się Jej to rzadko :)
 Kolejny poranek i kolejne chwile na plaży. Misia czuła się nad brzegiem morza wspaniale, co było widać po Jej zachowaniu oraz minie.
 Wieczorem, przed domem w którym mieszkaliśmy, Pani Hania - właścicielka domu, urządziła ognisko połączone z pieczeniem kiełbasek. Były przepyszne!
 Gdy my się zajadaliśmy, Michasia korzystała z przywilejów bycia "małą" i pod skrzydłami "cioci" z Warszawy ( naszej sąsiadki we Władku ) bujała się na hamaku i zjeżdżała na zjeżdżalni.
 Po tych szaleństwach Misia usnęła jak suseł. W pewnym momencie, gdy oglądaliśmy końcówkę finału Mistrzostw Świata, Michasia usiadła, otwarła oczy, powiedziała "tapitapijar" i padła na poduszkę. Myśleliśmy, że nie powstrzymamy wybuchu śmiechu :)
Kolejne dni to znowu plaża, plaża, plaża :)
 17 miesięcy od urodzenia Misi. Tego dnia postanowiliśmy zrobić sobie wspólne zdjęcie, bo wcześniej na to nie wpadliśmy :P Michalinka, a raczej wózek w którym jeździła, otrzymał tablice rejestracyjne :) Tego dnia pod wieczór trochę popadało, a na niebie nad Domem Rybaka pojawiła się tęcza...
 Następnego dnia poszliśmy do portu. Być we Władku a nie być w porcie to jak kupić czekoladę, rozpakować ją, powąchać i wyrzucić :)
 W porcie stał kuter, który nazywał się Franuś. Misia stwierdziła, że to na pewno własność Frania, brata Tosia i że chce mieć jego zdjęcie.
 Widok z portu - bezcenny
 Po powrocie z portu poszliśmy nadać totolotka. Daliśmy się przy tym namówić na zdrapkę. Wybraliśmy "zodiak" i znak wodnika. No i Michalinka wygrała 50 złotych :)
15 lipca pojechaliśmy zobaczyć foki w helskim fokarium. Nie spodziewaliśmy się, że o godzinie 10 rano będzie tam tyle ludzi :)
 Gdy już Misia przypatrzyła się foczkom, wsiedliśmy na "Maszoperię" i popłynęliśmy w morze.
 Tego dnia Michalinka po raz pierwszy zobaczyła foki, po raz pierwszy płynęła statkiem i po raz pierwszy jadła lody.
 Ostatni dzień na plaży... Misia jak zwykle zajadała się pomarańczą. Tego dnia ktoś wzniecił pożar na wydmach, ale zanim tak dobiegliśmy ze znajomym, na miejscu była już straż pożarna i policja. Po południu natomiast wyciągnięto z morza nieprzytomną kobietę, nie dającą oznak życia. Na szczęście udało się ją uratować... Reanimacji podjął się ratownik, przeszkolony na zwykłym jednodniowym szkoleniu, a dokończyli ratownicy medyczni, którzy bardzo szybko przybyli na pomoc.
Plusku, plusku z tatą i w basenie
 Żółwik? Michalinka uwielbiała się bawić z innymi dziećmi. Ale najbardziej przypadł Jej do gustu Mateuszek. Spędzili na plaży kilka dni ( oczywiście nie ciągle ).
 Pożegnaniom nie było końca
 Mateuszek był dla Misi wspaniałym kolegą, ale ...
... to o Tosiu ciągle myślała :)   
Zdjęć zrobiliśmy blisko tysiąc, więc oczywiście musieliśmy wybrać te, które były najważniejsze. Pozostałe zdjęcia z fokarium, z Helu i innych dni zamieścimy w galerii, którą nazwiemy Władysławowo.
Wakacje, pomimo opisanych dwóch zdarzeń były wspaniałe. Już nie umiemy się doczekać kolejnych. 
Miałem zamiar to napisać, ale moja ukochana Żanetka, jeszcze dwa razy do mnie podchodziła mówiąc: "Tylko napisz, że było cudownie, żeby sobie nie pomyśleli, że to oparzenie nam zepsuło wakacje". No więc piszę, żebyście sobie nie pomyśleli! :):):)
Tata Adam

poniedziałek, 19 lipca 2010

Wróciłam z wakacji!

Wróciłam z wakacji! Było pięknie, było cudownie, było jak w bajce! Ale więcej napiszą Mamusia z Tatusiem jak trochę odpoczną. Na razie wstawiam jedno zdjęcie, z pierwszego dnia pobytu we Władysławowie. Myślałam wtedy, że wszystkie piaskownice opróżnili, żeby zwieźć ten piasek w jedno miejsce hehe . Papa, teraz jadę opowiedzieć wszystko babci i dziadkowi