Wszystkie posty oraz zdjęcia w postach na tym blogu są naszą własnością! Nie wyrażamy zgody na kopiowanie, przetwarzanie i rozpowszechnianie tych materiałów w całości lub w części bez naszej zgody. W wypadku naruszenia praw autorskich, na podstawie art. 78, art.81 Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994 r. Dz. U. 1994, nr 24, poz. 83, tekst jednolity: Dz. U. 2006, nr 90, poz. 631, sprawa zostanie skierowana do odpowiednich organów.

niedziela, 29 marca 2009

Ostatnie dni w starym mieszkaniu - mamy nadzieję

No i masz babo placek - jak się zaczęła choroba to na całego! Adam ma dalej zwolnienie lekarskie. Nie podoba mi się to Jego gardło, jest całe przekrwione i opuchnięte. Co prawda od piątku ma nowy antybiotyk i jest mała poprawa, ale nie wygląda to jeszcze za dobrze...  A mieliśmy już mieszkać w nowym mieszkanku :( Mam nadzieję, że do końca tygodnia wyzdrowieje i w najbliższy weekend się przeprowadzimy - chcielibyśmy spędzić święta już u siebie. O pieniądzach już nawet nie myślę - tyle dni na zwolnieniu przełoży się na braki w domowej kasie - Adam też ciągle o tym myśli. Powiedział, że nawet jak mu nie przejdzie, to w piątek idzie do pracy.
Na szczęście u Michalinki wszystko w porządku. Lekarz, na którego mieliśmy przyjemność trafić w ubiegłym tygodniu, okazał się prawdziwym fachowcem w swojej dziedzinie. Maść, którą przepisał spowodowała, że pępuszek pięknie się zrósł i zagoił. Jeżeli ktoś z czytelników mieszka w Katowicach, to polecamy przychodnię "Lancet" i lekarza Piotra Starzaka - chirurga dziecięcego. Wystarczy mieć skierowanie od lekarza pediatry - wtedy wizyta jest bezpłatna. A co do maści - Michalinka dostała od niej uczulenie, ale skończyły się problemy z pępkiem i brzuszkiem. A po odstawieniu maści uczulenie znikło. Za to Michalinka z dnia na dzień, coraz częściej się do nas uśmiecha. Wtedy zapominamy o wszystkich problemach...
Kochani Przyjaciele! Jak już pisałam wcześniej, z powodu choroby nie przeprowadziliśmy się jeszcze do nowego mieszkania, a wcześniej, wypowiedzieliśmy umowę dostawcy internetowemu, który zapewniał nam sygnał pod "starym" adresem. Umowa kończy się niestety jutro. W związku z tym, przez najbliższy tydzień nie będziemy obecni w wirtualnym świecie. Mamy nadzieję, że pozostaniecie z nami i wkrótce znowu będziemy mogli wzajemnie czytać o swoich pociechach. Adam ustawi jeszcze na czasową publikację kolejną część opowiadania, która "pokaże się" w poniedziałek. A ja z Wami "spotkam się" dopiero za kilka/naście dni ( jak już się przeprowadzimy i podpiszemy umowę z nowym dostawcą internetowym ). Pozdrowienia! Papa 
Mama Żaneta

niedziela, 22 marca 2009

Dywersanci i choróbska czyli tydzień w pigułce

Kochani blogowicze! Długo nas nie było - czyli mnie i moich rodziców :), a to wszystko przez dywersantów - tak mówią rodzice, śmiejąc się przy tym do łez. Ja ich nie rozumiem. Ale zacznę od początku... W ubiegłą sobotę ( tydzień temu ) Mamusia i Tatuś zachorowali - razem - nie wiem jak to możliwe, ale nie będę w to wnikała, ważne, że ja nie jestem chora... Tatuś nie poszedł do pracy i wspólnie spędziliśmy ten czas w domu. Gdy we wtorek rano chciałam napisać o chorobie rodziców, okazało się, że nie ma internetu ( czy coś takiego ) i nie można nic napisać ani przeczytać. Rodzice się bardzo zmartwili i zadzwonili do kogoś, kto miał nam ten internet dostarczyć. Minął jeden dzień, drugi i nic. Później się okazało, że naprawa potrwa do soboty. Mamusia i Tatuś stwierdzili, że to na pewno robota dywersantów, którzy chcieli spowodować, żebym nie mogła już nic napisać i żeby blogowicze przestali "wchodzić na bloga" - i zaczęli się śmiać. Ja tam nie widzę nic do śmiechu - po to się wysilam i coś piszę, żeby ktoś to przeczytał, a nie tylko dla siebie.
 Na szczęście dzisiaj dostarczono nam internet i mogę do Was napisać :). A jeżeli jeszcze jakiegoś dywersanta w pobliżu zobaczę, to mu zrobię " a masz" - tak jak na zdjęciu :P.

U mnie też nie działo się najlepiej. W środę zaczęło mi coś cieknąć z pępuszka, a w czwartek zrobiła się w nim dziurka i rodzice pomimo choroby musieli pojechać ze mną do Centrum Zdrowia Matki i Dziecka. Tam powiedziano, że otwarł mi się pępuszek ( co się bardzo rzadko zdarza ) i mogło dojść do zakażenia. Chcieli mnie wyczyścić i  założyć jeden szewek, ale w końcu dostałam maść, która ma sama spowodować zarośnięcie rany i wyleczenie. No mam nadzieję, bo jak nie, to za tydzień będą mnie czyścić i szyć!!! A co to ja ubranie jestem???

Co do milszych spraw - Tatuś dalej jest chory :) - nie nie cieszę się, że jest chory i boli Go gardło, ale cieszę się, że jeszcze jeden tydzień będzie z nami :). Tatuś niestety ciągle narzeka, że znowu będziemy mieli mniej pieniędzy. A kiedyś słyszałam, że pieniądze szczęścia nie dają. I jak tu zrozumieć dorosłych? Papa, idę spać :)

piątek, 13 marca 2009

Świętujemy!!!

Jak ten czas leci! Już minął miesiąc od chwili narodzin Michalinki. Nie możemy w to uwierzyć...
Dzisiejszy dzień był niezwykły, choć nic tego nie zapowiadało. Wczoraj wieczorem dowiedzieliśmy się, że Adam ma szansę wystąpić w kolejnym odcinku "Detektywów" i dzisiaj jest spotkanie w TVN w Krakowie. Postanowiliśmy więc, że uczcimy pierwszy miesiąc Misi w mieście, w którym przyszła na świat i będzie to też Jej pierwsza dalsza wycieczka.
 
Czas w Krakowie spędziliśmy bardzo miło. Michalinka w ogóle nie płakała i tylko raz chciała "papu". W Krakowie, w porównaniu do Katowic, była śliczna pogoda i zero śniegu.
Jakież było nasze zdziwienie po powrocie do domu i włączeniu komputera, gdy zobaczyliśmy na naszym blogu pojawienie się ponad 70 nowych komentarzy, a ilość jednoczesnych odwiedzin osiągnęła 1440 duszyczek! Czy może nam to ktoś wyjaśnić? Bo nie wiemy, gdzie został opublikowany post o porodzie rodzinnym w Krakowie, pod którym doszło tyle komentarzy.
A tak nawiasem mówiąc - jesteśmy po lekturze wszystkich komentarzy - i do tematu porodu wrócimy. Widać, że jest to sprawa bardzo delikatna, a zarazem jakość usług medycznych w różnych miejscach Polski zróżnicowana. Dziękujemy za ciepłe słowa i te komentarze, które coś wnoszą do dyskusji. Tym, którzy nie potrafią dyskutować jak cywilizowani ludzie mówimy "dziękujemy" i nie zapraszamy więcej na strony naszej rodziny. Proszę pamiętać, że jest to blog przede wszystkim o naszym dziecku, więc kultura słowa tym bardziej obowiązuje.
A teraz wracamy do naszego maleństwa - jeszcze przez dwie i pół godziny świętujemy wspólnie ( Misia nie chce spać :P ) Jej pierwszy miesiąc. Pozdrawiamy 
Mama Żaneta 

czwartek, 12 marca 2009

Rodzicielstwo czyli w co się zaopatrzyć do pracy na całe życie

 Kończy się drugi tydzień od momentu, gdy wróciłem po dłuższej przerwie do pracy. Oczywiście, zgodnie z oczekiwaniami, czas spędzony poza domem dłużył mi się w nieskończoność, natomiast, gdy już byłem z rodziną, czułem się, jakby ktoś włożył mnie do czasoprzyspieszacza. Ale takie odczucia towarzyszą zapewne wielu rodzicom..
Kilka dni po powrocie do pracy, usłyszałem od jednej z uczennic ( pracuję w szkole ), że "była na blogu Michalinki i że moja córka jest śliczna i że też chciałaby już mieć taką kruszynkę". Najpierw podziękowałem za 'odwiedziny" ( gdyż dzięki moim kolegom i koleżankom z pracy oraz uczniom, mamy sporą "oglądalność" - co jest dodatkowym bodźcem do pisania ), a następnie starałem się w krótkiej rozmowie "ostudzić" zapędy ( nawet jeśli tylko żartobliwe ) młodej osoby do posiadania swojego "bajbusa". Rozmowa ta podsunęła mi myśl, aby napisać kilka słów o rodzicielstwie i związaną z nim odpowiedzialnością. 
Kiedy zaczyna się rodzicielstwo? W momencie narodzin? Moim zdaniem rodzicielstwo zaczyna się już w chwili podjęcia decyzji o rozpoczęciu życia intymnego. Od tego momentu każda decyzja, może wpłynąć na życie nie tylko nasze, ale również życie małej istoty, której istnienie mogliśmy zapoczątkować miłosnym aktem. Pierwsze tygodnie ciąży są najważniejsze i przygotowanie się do nich, świadczy o świadomym rodzicielstwie. Chodzi mi o sferę psychiki i gotowość do "bycia" mamą i tatą. Jeżeli doszło do poczęcia, nikotyna, alkohol czy inne używki mogą spowodować, że matka (nawet nieświadomie) skrzywdzi swoje nienarodzone jeszcze dziecko, narażając je na ryzyko powstania wielu wad rozwojowych. Ale samo odrzucenie używek nie wystarczy. W tym czasie jest istotne, aby kobieta przyjmowała kwas foliowy, który zapobiega wielu wadom płodu.
Wydawałoby się, że to nic wielkiego - być w ciąży i urodzić dziecko. W moim odczuciu takie myślenie jest błędne. Być rodzicem to wielkie wyzwanie, gdyż bierze się odpowiedzialność za drugie istnienie. Już w łonie matki, odpowiednio stymulując dziecko, wpływamy w pewnym stopniu na jego rozwój. To, jak się odżywia matka, to jakiej muzyki wspólnie z ojcem słuchają, to o czym dyskutują rodzice i w jakim tonie się do siebie zwracają, to czy matka regularnie chodzi na wizyty do ginekologa i innych specjalistów - to wszystko w pewnym momencie zaczyna wpływać bezpośrednio lub pośrednio na dziecko.
 Z kolei od momentu narodzin, każdy z rodziców staje się dla dziecka opiekunką, kucharzem, sprzątaczką, nauczycielem, pielęgniarką i nie wiadomo kim jeszcze. Nie wystarczy miłość. Trzeba mieć wiedzę, umiejętności, czas i pieniądze. Nauka i wychowanie, poświęcanie dziecku czasu i zapewnienie mu bezpiecznej i godnej egzystencji, powinny być "śladami" miłości. Śladami, które współgrają ze sobą, a nie dominują jeden nad drugim. Bo czy odpowiedzialny, świadomy i kochający rodzic nakupi dziecku setki zabawek ( bo go na to stać ) i zostawi je samemu sobie? Miłości nie można kupić. Albo czy rodzice powinni pozwalać dziecku na wszystko i wszystko co zapragnie mu kupować, bo płacze i wpada w histerię? A gdzie tu wychowanie? Oczywiście, nikt nie rodzi się niczym alfa i omega, znając rozwiązania każdego problemu i mając antidotum na każdy kryzys. Należy rozwijać swoją wiedzę poprzez rozmowy z innymi rodzicami, lekturę prasy, czy też obserwację i analizę zachowania swojego dziecka.
Moim zdaniem należy także przeanalizować własne doświadczenia z dzieciństwa, które mogą zaburzać nasze prawidłowe funkcjonowanie w roli rodzica. W moim przypadku - nawet jeżeli uważam, że rodzice wychowali mnie dobrze - nie staram się tak samo wychowywać swojego dziecka, ale kieruję się sercem i stosuję swoje metody, te, które w danej chwili uważam ( wraz z żoną ) za słuszne. Jesteśmy rodzicami, którzy mają wizję wychowania swojego dziecka i zrównoważonej miłości, w której nie ma miejsca na tresowanie, ani też na zbytnie rozpieszczanie. Dziecku - w pewnych momentach - trzeba zapewnić "bombardowanie" miłością, a w innych stawiać granice - dla jego dobra.

Reasumując. Rodzicielstwo to zobowiązanie na całe życie, a nie praca na pół etatu lub wakacyjna przygoda. To praca, przed której rozpoczęciem należy "ubrać się w miłość", "na drugie śniadanie przygotować kanapkę z cierpliwością" i "zaopatrzyć się w parasol odpowiedzialności", a składnikami przyszłej pensji będą uśmiech dziecka, bezpieczna teraźniejszość i "jasna" przyszłość. Rozpoczynając życie intymne, należy o tym pamiętać...
Tata Adam

środa, 11 marca 2009

Mocard, Bejtowen, Lulajbejby

Dostałam nową zabawkę! Jest cudowna :)
 Jest to karuzela z pozytywką - tak mówi Mamusia. Jak sobie leżę w łóżeczku, to nad głową fruwają mi takie śliczne, uśmiechnięte stworki, a z boku łóżeczka pokazuje się żółte światełko.
Ale najlepsze jest to, że jak jestem zmęczona, to usypiam przy muzyce - Tatuś wciska wtedy jeden z przycisków w "żabce" i po sprawie :). Rodzice mówią, że lubią tą muzykę -  nazywają ją jakoś Mocard, Bejtowen i Lulajbejby. Ale nie znam szczegółów. Możecie posłuchać i popatrzeć jak po raz pierwszy zareagowałam na "karuzelę" - ale pod jednym warunkiem. Każdy, kto zobaczy film, niech zostawi po sobie jakiś ślad - wpis. Chciałabym kiedyś poczytać, kto oglądał mojego bloga :). 

Tosiu - jak do Ciebie przyjadę, to Tatuś weźmie gitarę, Mamusia bębenek i zrobimy koncert :). Oczywiście Ty zaśpiewasz solo - dla mnie :*
Misia

wtorek, 10 marca 2009

Życie toczy się dalej - czyli niezwykła codzienność

Za trzy dni Michalinka skończy pierwszy miesiąc. Tak się składa, że także ten dzień ( podobnie jak dzień narodzin ) wypada trzynastego w piątek. Bardzo się z tego faktu cieszymy, gdyż jest to nasza szczęśliwa data. Dwa piątki trzynastego z rzędu!!! Super!!!
W sobotę założyliśmy Misi nowe ubranko firmy F.X.N. ( wykropkowaliśmy co drugą literę, żeby nie robić kryptoreklamy ) - te w którym miała sesję zdjęciową ( poprzedni post ). Po południu zauważyliśmy na Jej rękach i stopach delikatne zaczerwienienia, które wieczorem zamieniły się w potężne bordowe bąble uczuleniowe.
 Jako, że nie zmienialiśmy jadłospisu i nie stosowaliśmy żadnych nowych kosmetyków, proszku etc., byliśmy przekonani, że alergenem jest nowe ubranko Michalinki. Tym bardziej, że uczulenie wyskakiwało tam, gdzie skóra Misi dotykała śpioszków, a w miejscu kaftanika ( ręce, brzuszek, plecy ) tych plam nie było. Natychmiast zmieniliśmy ubranko.
W ciągu 24 godzin uczulenie znikło jak ręką odjął. W sklepie powiedziano nam, że to pierwszy taki przypadek w stosowaniu ubranek firmy F.X.N. -  mamy nadzieję, że zarazem ostatni. Podejrzewamy, że śpioszki, które miały dwudziestoprocentowy dodatek poliestru, właśnie w zakresie tego składnika spowodowały uczulenie.
Dzisiejszy dzień minął nam na załatwianiu formalności związanych z zasiedleniem nowego mieszkania. Misia przez cztery godziny jeździła z nami od urzędu do urzędu, od okienka do okienka i cały ten czas spała lub drzemała, nie roniąc ani jednej łzy. Byliśmy z Niej bardzo dumni. Po powrocie do domu, gdy Michalinka dorwała się do smoka, to myśleliśmy, że oprócz pokarmu zje całą butelkę :)
Teraz odpoczywamy i odliczamy dni do przeprowadzki, robiąc przy okazji listę potrzebnych rzeczy i spraw do załatwienia. Pomimo zmęczenia, jesteśmy szczęśliwi. Michalinka sprawia, że każdy z pozoru podobny dzień jest cudowny, niezwykły, inny. Niesamowite uczucie. Życie jest piękne! Pozdrawiamy!
Tata Adam

sobota, 7 marca 2009

Moja pierwsza sesja zdjęciowa :)

Dzisiaj, w chwili gdy czułam się na tyle dobrze, żeby robić coś innego niż płakać, zostałam zaproszona do sesji zdjęciowej. A było to tak:
 Co to za przedmiot, który pstryka i mnie oślepia? Aparat? A po co on jest? Robi zdjęcia? Dobrze, to zróbmy kilka fotek, żebym miała co wspominać za kilka lat :)
 No to co, zaczynamy? Bo troszkę mi się nudzi...
 A jaki to jest model? Jakiś dobry? Bo nie wiem, czy nie muszę się przypudrować, albo pomalować. W końcu Tosio będzie oglądał te zdjęcia :)
 Mogę zobaczyć z bliska ten aparat? Najchętniej pogryzłabym go trochę, ale jeszcze mi ząbki nie urosły :(
 No dobrze, poddaję się! Już nie będę przeszkadzała :)

Mina pierwsza: "Co to za fajna zabawka?"
 Mina druga: "Jestem śpiąąąąca"
 Mina trzecia: "To jest niedobre"
 Mina czwarta: "Nie dam się przebrać!"
 Mina piąta: "Maślane oczka. Co złego to nie ja :)"
 No, na pierwszy raz wystarczy. Zmęczyłam się. To papa Panie fotografie :P
 Nie ma to jak drzemka. Można się wygodnie położyć i śnić o smacznym mleczku, "cysiu" mamy i piosenkach, które śpiewają mi rodzice. Hrrr, hrrr
Kto mnie budzi?! To znowu Pan?! Mówiłam, że na dzisiaj koniec! I wyłączcie to światło!
Uwaga! Spodobała mi się ta praca, dlatego szukam menedżera, który znajdzie mi rolę w jakiejś reklamie lub filmie. Osoby zainteresowane proszę, aby pisały na mojego "mejla" - link "napisz do mnie". Jestem odpowiedzialna ( śpię tylko 18 godzin na dobę ), spokojna ( rzadko płaczę ), punktualna ( to dzięki rodzicom ) i rzetelnie podchodzę do obowiązków ( szczególnie uwielbiam polecenie "Jedz Misiu" ). Pierwszą wypłatę przeznaczę na odwiedziny u Tosia :*
Misia

piątek, 6 marca 2009

Totalny kataklizm czyli ciężka walka z kolką

 Wczoraj Michalinka skończyła trzeci tydzień życia. Dzień ten upłynął niezbyt spokojnie, gdyż Misia przez ponad dwie godziny walczyła z kolką, która nie chciała za nic w świecie ustąpić. Nie pomagało kołysanie, ssanie smoczka, masowanie brzuszka oliwką, śpiewanie, noszenie. W końcu, po ciężkim boju, Michalinka wykończona płaczem, wykrzywianiem się na wszystkie strony i wyprostowywaniem nóżek, usnęła i mogliśmy włożyć ją do łóżeczka. Z powodu przeraźliwego krzyku Misi, po raz pierwszy zakręciła się nam w oku łezka. Wcześniej Jej płacz był o wiele bardziej stonowany, więc nie przypuszczaliśmy, że nadciąga totalny kataklizm ( i to nie był niestety Jaś Fasola - nie było nam do śmiechu ). Oby nadchodzący tydzień, był dla naszej córeczki bardziej spokojny - to w końcu ostatnie chwile bycia noworodkiem :). Z tego co nam wiadomo, od 29 dnia życia noworodek nazywany jest już niemowlakiem. Jak ten czas szybko leci...
 SŁODKICH SNÓW KRUSZYNKO !!!
Tata Adam

czwartek, 5 marca 2009

Szok porodowy czyli jak ważne jest przytulanie, głaskanie, rozmawianie

Muszę przyznać, że moi Rodzice zadbali o to, abym przy przeprowadzce z brzuszka Mamusi doznała jak najmniejszego szoku. Zapewne zapytacie, dlaczego miałabym w ogóle doznać jakiegokolwiek szoku? Spróbuję Wam to wytłumaczyć.
Wyobraźcie więc sobie, że jesteście w najbardziej bezpiecznym miejscu na świecie, gdzie macie wszystko pod ręką - jest tam ciepło, spokojnie, jedzenia macie pod dostatkiem i nic wam do szczęścia i życia więcej nie potrzeba. Pewnego dnia, jakaś nieznana siła powoduje, że zaczyna się Wam robić coraz ciaśniej i czujecie jakby Wasza głowa, a za nią reszta ciała udawała się w kierunku tunelu, którego otwór wyjściowy jest 6 - 7 razy mniejszy od Waszej głowy. Nie potraficie się zatrzymać! Bronicie się rękami i nogami, ale owa nieznana siła jest tak potężna, że wypycha Was coraz mocniej. I gdy wydaje się Wam, że to już koniec, że na zawsze zakleszczyliście się w tunelu, a w dodatku coraz trudniej się Wam oddycha, nagle dostrzegacie źródło światła i słyszycie jakieś dźwięki, które są o wiele bardziej głośne niż te słyszane w bezpiecznym miejscu.
Nagle wydostajecie się z tunelu. Widzicie obce sobie osoby, wyciągające po Was ręce. Jesteście przerażeni. Myślicie: "Co się dzieje?! Jakie głośne dźwięki! Tyle głosów na raz! Co to za światło! Oczy mnie bolą! I co jest z moimi płucami? - muszę mocno otworzyć usta i zrobić oddech, bo czuję, że tak trzeba! Ale nie podoba mi się to! Jest mi zimno! Będę płakać! Płaczę... uła, uła, uła"
I właśnie wtedy, gdy dociera do Was tyle bodźców, gdy jednocześnie dokonuje się w Waszym życiu tyle zmian i głośnym płaczem wyrażacie swoje niezadowolenie ze zmiany miejsca pobytu, najważniejsza jest bliskość Mamusi i Tatusia.
 Gdy położono mnie na brzuszku Mamusi, poczułam się bezpiecznie i od razu się uspokoiłam. Wiedziałam, że to Mama. Nie wiem skąd - po prostu wiedziałam. Nawet sobie nie wyobrażacie jak ważna jest ta chwila spędzona z Mamusią - czułam Jej bijące serduszko, a Ona czuła moje. Narodziła się wtedy między nami niepowtarzalna więź. Później Tatuś wziął mnie na ręce i zaczął kołysać. Bardzo mi się to spodobało. Od tego czasu uwielbiam, gdy Rodzice mnie przytulają, głaszczą, kołyszą, mówią do mnie, delikatnie masują. Poznaję ich po zapachu oraz tonie głosu - są nie do podrobienia! Ta bliskość z moimi Rodzicami, rozwinęła u mnie poczucie miłości i bezpieczeństwa. Wiem, że przy tych dwóch osobach będę szczęśliwa i będę się dobrze rozwijała.
Dopóki nie zacznę dobrze widzieć, słyszeć oraz mówić, to właśnie dotyk jest dla mnie jedynym sposobem kontaktu. Gdy długo nie odczuwam bliskości Rodziców, to zaczynam głośno płakać, bo wydaje mi się, że zostałam sama. Ale wówczas Mamusia lub Tatuś zawsze się pojawiają i biorą mnie na ręce. Wiedzą, że teraz tego bardzo potrzebuję. Kocham Was!
Misia

środa, 4 marca 2009

Rodzice odkrywcy - czyli co dziecko poprzez płacz chce powiedzieć

Priscilla Dunstan - australijska badaczka twierdzi, że każde dziecko w pierwszych trzech miesiącach życia, używa pięciu dźwięków, by wyrażać swoje potrzeby. Na udowodnienie swojej tezy, przez osiem lat badała płacz tysiąca niemowląt na całym świecie. Wyodrębniła dzięki temu pięć „słów”. A mianowicie dźwięk :
- „neh” oznacza głód,
– „ou” – zmęczenie,
– „eh” – czkawkę,
– „heh” – niewygodę,
– „eair” – ból brzucha
I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że każde takie badanie opiera się na statystyce, a w niej są oczywiście odstępstwa od "normy". Przez ostatnie 19 dni mieliśmy okazję ( choć nie częstą ) wsłuchać się w płacz Michalinki i w naszym przypadku teza Priscilli nie znajduje potwierdzenia. Co nie oznacza, że nie zdążyliśmy nauczyć się odróżniać rodzaje płaczu naszej córeczki...
 *** Gdy Michalinka po obudzeniu się marudzi, pociera buzią o kołderkę, wkłada piąstkę do ust, mlaszcze, wiemy, że nadszedł czas na przygotowanie specjałów dla kruszynki. Jeżeli nie nastąpi to szybko, Michalinka zaczyna płakać. Ten płacz jest wysoki, krótki, krzykliwy - słychać w nim ton pełen żalu i prośby o jedzenie - coś w stylu "ołu, ołu" ( usta składa w "ryjeczek" ).
 *** Gdy Misia kończy jeść i nagle pojawia się przenikliwy, rozpaczliwy płacz o bardzo wysokim tonie "a" ( Michalinka ma wtedy bardzo szeroko otwarte usta ), wiemy, że męczy Ją kolka, która trwa bardzo długo - na razie zdażyło się nam to dwa razy. Michalinka płacze wtedy z przerwami, pręży się, zaciska mocno dłonie.

***Gdy Michalinkę boli brzuszek, wówczas Jej płacz jest nagły, głośny i długi, słychać w nim strach, czasami jakby dławiła, krztusiła się tym płaczem. Po dłuższej przerwie na oddech następuje kolejny długi krzyk. Niestety nie potrafimy określić dźwięków wówczas wydawanych.

***Gdy nasza córeczka tęskni za nami - za przytuleniem, noszeniem na rękach, wówczas Jej płacz zaczyna się od cichego gruchania, którym stara się zwrócić na siebie naszą uwagę. Po dłuższej chwili zaczyna marudzić, aż wreszcie wybucha żałosnym płaczem połączonym z pochlipywaniem ( bardzo podobnym do "ołu, yyy, ołu, yyy ). Misia zaczyna płakać, gdy odkładamy Ją do łóżeczka lub kładziemy na kocyku, a przestaje, kiedy bierzemy ją na ręce.
***Czasami Michalinka ma chęć jakiejś zmiany ( np. żeby sobie "pobekać", zmienić pieluszkę, uciec od źródła światła lub zmienić ułożenie - bo sama jeszcze nie potrafi się przebrać i obrócić ), wówczas płacze narastającym nosowym odgłosem i marudzi. Poza tym kręci się, jest niespokojna, wygina się podczas płaczu, jakby chciała uciec od tego, co Jej przeszkadza.

Rodzice muszą być jak odkrywcy badający nowy świat - stąpać pomału po nieznanym terenie i robić notatki, aby móc wyciągnąć wnioski.
Mama Żaneta

niedziela, 1 marca 2009

Jak światełko w lodówce

Jeszcze na długo przed porodem zastanawiałem się, jakim będę ojcem. Nie bałem się przewijania, karmienia, kąpania, tulenia do snu - wiedziałem podświadomie, że będzie to dla mnie łatwe. Bardziej nurtowały mnie pytania - czy dam radę przez pierwszy rok utrzymać rodzinę, czy nie będzie nam nic brakować, czy nie będziemy musieli wiązać koniec z końcem, czy czas spędzony w pierwszej i drugiej pracy nie oddali mnie w tych najważniejszych chwilach od żony i dziecka? Czy nie zostawię mojej żony jak samotny okręt płynący pod banderą "wychowanie", walczący ze "sztormem życia" i przeciwnymi wiatrami? Pytania pozostają wciąż otwarte. Paradoksalnie, dzięki chorobie, mogłem przez dwa tygodnie być z moimi ukochanymi w domu i wspólnie spędzać każdą chwilę. Jednak od jutra wracam do swoich obowiązków i uzyskam w niedługim czasie odpowiedź przynajmniej na pytania dotyczące kilku/kilkunastu godzin rozłąki.
 Co do finansów - czas i życie pokaże. Zrobię wszystko, aby zagwarantować naszej rodzinie bezpieczną przyszłość. Wiem, że moja ukochana żona martwi się tym, że sama nie pracuje i nie zarabia pieniędzy. Tłumaczyłem mojej "gwiazdce", że to nie Jej wina, że pracując na umowę - zlecenie, nie nabyła prawa do urlopu macierzyńskiego i wychowawczego. Była to umowa przedłużana co miesiąc, więc o żadnych świadczeniach nie mogło być mowy. Daliśmy radę przez okres ciąży, więc teraz, po porodzie, tym bardziej nie pozwolę Jej pójść do pracy - przynajmniej dopóki Misia nie skończy jednego roku. Damy radę kochanie!
To prawda, że boję się tych codziennych rozstań i jakże krótkich chwil spędzonych z Wami wieczorem. Ale są jeszcze soboty, niedziele i święta. W dodatku odszukałem dzisiaj tekst, który kiedyś znalazłem. Jest on jakby odpowiedzią na moje rozterki związane z rozłąką. Jego autorką jest Erma B.
"Jak światełko w lodówce"
"Kiedy byłam mała, mój ojciec był dla mnie jak światełko w lodówce. Nikt nigdy nie wiedział, co się działo w jej środku. Drzwi do niej były zawsze zamknięte.
Mój ojciec wychodził zawsze z domu o świcie, a każdego wieczora, kiedy powracał, zdawał się być szczęśliwy z powodu tego, że nas widzi.
Jedynie on był w stanie otworzyć słoik z marynatami, podczas gdy nikt z nas tego nie umiał. Jedynie on nie lękał się chodzenia samemu do piwnicy. Zacinał się przy goleniu, ale nikt nie musiał go z tego powodu całować i na nikim nie robiło to żadnego wrażenia. Kiedy lał deszcz, on wychodził na dwór i wprowadzał do garażu samochód. Zakładał łapki na myszy i tak zręcznie zawieszał nad drzwiami suche róże, że nie zdążył się nawet nimi pokłuć. Kiedy podarowano mi mój pierwszy w życiu rower, pedałował wraz ze mną przez wiele kilometrów, aż do momentu, w którym zaczęłam sama sobie dawać radę. Bałam się wszystkich innych ojców, ale nigdy mojego własnego. Pewnego razu zrobiłam mu herbatę. Zdawała się być jedynie posłodzoną wodą, a on popijał ją siedząc na krzesełku i mówił, że była wspaniała.
Każdego razu, kiedy bawiłam się moimi lalkami, moja lalka-mama miała mnóstwo rzeczy do zrobienia. Nie wiedziałam jednak nigdy, czym ma się zajmować mój lalkowy tata. Kazałam mu więc mówić: "No dobrze, teraz wychodzę do pracy" i wrzucałam go pod łóżko.
Pewnego razu, kiedy miałam dziewięć lat, mój ojciec nie wstał z łóżka, aby pójść do pracy. Zawieziono go do szpitala, w którym zmarł następnego dnia. Poszłam wtedy do mojego pokoju, by odszukać pod łóżkiem mojego lalkowego ojca. Wyjęłam go, otrzepałam i posadziłam na samym środku mojego łóżka.
Mój ojciec nie był kimś wielkim.
Nigdy sobie nie wyobrażałam, że jego odejście mogło być dla mnie tak wielkim bólem. Do dzisiejszego dnia nie wiem dlaczego..."

Można wychowywać, będąc nawet bardzo daleko od siebie... Dziecko dostrzeże wszystkie nasze zachowania, nawet te, których my sami nie zauważamy...
Tata Adam