Wszystkie posty oraz zdjęcia w postach na tym blogu są naszą własnością! Nie wyrażamy zgody na kopiowanie, przetwarzanie i rozpowszechnianie tych materiałów w całości lub w części bez naszej zgody. W wypadku naruszenia praw autorskich, na podstawie art. 78, art.81 Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994 r. Dz. U. 1994, nr 24, poz. 83, tekst jednolity: Dz. U. 2006, nr 90, poz. 631, sprawa zostanie skierowana do odpowiednich organów.

czwartek, 19 lutego 2009

Podejście do porodów rodzinnych w Polsce

Zastanawiałem się czy napisać poniższy tekst - niejako pamiętnik z pobytu w szpitalu -  chcąc pamiętać tylko dobre chwile z porodu - bo było ich sporo. Jednak pragniemy wspólnie z żoną pokazać, że są pewne niedociągnięcia w systemie zdrowotnym, które należy jak najszybciej poprawić...

12 lutego o godz. 5.55 zaczął się odrywać mojej żonie czop śluzowy. Pierwsze objawy to plamienie i pobolewanie u dołu brzucha. O godz. 8.00 byliśmy w samochodzie, a o 10.30 w Krakowie ( po drodze zrobiliśmy niezbędne zakupy ). Już w samochodzie, mniej więcej w połowie drogi, pojawiły się mocniejsze skurcze. Pierwszy kontakt w szpitalu na Ujastku był fatalny. Lekarka, która badała Żanetę, była obojętna i bez podejścia do pacjenta. Jeden przykład: podczas badania usg Żaneta zadała pytanie - "Wszystko w porządku?". Lekarka odpowiedziała - "To zależy, co Pani rozumie pod pojęciem w porządku". Nie dość, że lekarka była opryskliwa, to jeszcze pielęgniarka spisująca dane udawała głuchą, gdy poproszono ją o wpisanie adresu zamieszkania, a nie zameldowania, gdyż tam od dawna moja małżonka nie przebywa. Musieliśmy to później odkręcać. Ale wróćmy do tematu porodu. Po kilkudziesięciu minutach spędzonych na izbie przyjęć, zostaliśmy zaprowadzeni na oddział położniczy, gdzie podłączono Żanetę do ktg, które bada ruchy płodu oraz skurcze. Po przeanalizowaniu wyników, wysłano nas na patologię ciąży, by tam oczekiwać na poród. W sumie dobrze się stało gdyż spotkaliśmy tam wyjątkowo przyjazny personel. Żaneta została zbadana przez ordynatora, który zdziwił się, że przyjechaliśmy tak wcześnie - skurcze nieregularne i za słabe - ale podsumował "w ciągu dwóch dni powinna się urodzić". Zawsze to jakiś promyczek. Później już przydzielono łóżko i byliśmy razem do godz. 19.00. Badanie ginekologiczne wykazało małe rozwarcie, więc postanowiliśmy, że pojadę do domu, gdyż doba hotelowa w szpitalu kosztuje 300 zł. O 20.30 byłem w domu. Zdążyłem się przebrać, zjeść, gdy nagle o 21.15 dzwoni telefon. Okazało się, że Żanecie odeszły wody płodowe. Ubieram się więc i wyruszam w drogę powrotną do Krakowa. Po drodze przetoczyła się potężna śnieżyca, ale w szpitalu byłem już o 22.25. Żaneta była już bardzo wymęczona, a skurcze coraz silniejsze...
Od 23 do 3.30 ból bardzo się nasilił, myśleliśmy, że to już ostatnia faza porodu, a tu nagle przyszła położna, która zbadała Żanetę, zobaczyła wynik z ktg i stwierdziła, że do porodu jest jeszcze sporo czasu ( może być kilka dni ) i mąż może jechać do domu. Zaniemówiłem ( stojąc za drzwiami, gdyż do środka mnie nie wpuszczono ). Mam zostawić żonę w tych trudnych chwilach samą? I to ma być poród rodzinny? Śmiechu warte. Ponadto kobiecina stwierdziła, że Żaneta, nie ma jeszcze skurczy, tylko pobolewania i może iść spać, a nie wędrować po korytarzu. Widziałem te pobolewania... Wyraziłem się głośno, co myślę o położnej - w kulturalny sposób oczywiście - ale też delikatnie postraszyłem "Uwagą" itp. W nocy przez pokój nr 8 przetoczyła się jeszcze jedna pielęgniarka, sprawdzająca czy wszystko ok. Oczywiście nie obyło się bez kąśliwego: "A co wy się tak głaszczecie?" - na widok mojego głaskania Żanety w momencie mocnego skurczu. Odpowiedziałem złośliwie: "A co, żony mi nie wolno głaskać? Może Pani ma ochotę na smyru smyru?" Wyszła z sali szybciej niż weszła....
O dziwo, przed szóstą rano zapadła decyzja o podaniu antybiotyku dożylnie i wstępnej decyzji o przenosinach na oddział położniczy. O godz. 8.00 przeniesiono nas. Gdy już stanęliśmy przed dyżurką, Panie z obydwu oddziałów zaczęły się kłócić, że nie ma już miejsc i kto nas w ogóle przysłał. W końcu doszli do wniosku, że jak nie ma wolnej sali przedporodowej ( z sofą, łóżkiem tv, łazienką ), to wcisną nas do starej sali porodowej, zamienionej częściowo na magazyn - bez sofy, łazienki, kosza itp.
widok który widzi rodząca w tej sali
To i tak dobrze, gdyż druga kobieta - Kasia, która też miała decyzję o przenosinach, czekała na korytarzu ponad dwie godziny, aż zwolni się sala przedporodowa. Nie obyło się oczywiście bez łez i żalu do szpitala. Wracając do nas - oczywiście Żaneta musiała sama się umyć, ledwo stojąc na nogach - a proszę mi wierzyć próg bólu ma wysoki, przy rozwarciu 3 cm i skurczach co 4 minuty. I tu kolejny nonsens - nawet w opcji poród rodzinny, mąż nie może pomóc żonie w czynnościach higienicznych ...Między godziną 9.00 a 14.00 wykonano chyba 4 ktg po pół godziny każda, podano 4 kroplówki po 0,5l i poskakaliśmy na piłce. O 13.30, w związku z zatrzymaniem rozwarcia szyjki macicy i niskim poziomie skurczów ( około 32, aby był poród musi być regularny wykres dochodzący do 110 ) zapadła decyzja o cesarskim cięciu. Wtedy naszą salę odwiedził "anioł nie człowiek" - Pani Mariola ( jeżeli dobrze pamiętam ). Pani Mariola powiedziała, że jeszcze raz za chwilę zbada Żanetę, gdyż według niej badania ktg mogą pokazywać błędne wyniki ze względu na tkankę tłuszczową na brzuchu Żanety. Po kilku minutach okazało się, że rozwarcie jest na ponad 8 cm i główka dziecka jest już bardzo nisko - Pani Mariola pokazała mi wręcz czubek głowy dziecka. Zmieniliśmy wtedy decyzję - poród naturalny, bez cięć. Przeważyły dwie rzeczy:
- po cesarce kobieta leży na intensywnej terapii a dziecko na oddziale noworodków. Mąż nie jest mile widziany - czyli każde z nas byłoby osobno przez jakiś czas - żadna radość
- walczyliśmy 31 godzin do tego momentu i wszystko miało pójść na nic?
Gdy weszła nasza położna z "ekipą", aby podpisać oświadczenie potrzebne do cesarki, Żaneta wypowiedziała przez zaciśnięte gardło  - "Nie, rodzę naturalnie". Kazano nam więc przejść do sali porodowej. Tam, po ok. 40 minutach, a dokładnie o 14.35 urodziła się Michalinka. W dniu narodzin ważyła 4060 g i miała 56 cm wzrostu. Później przyszedł czas na pierwsze mycie, wybór ubranek i nową salę -  nr 119. Tam poznaliśmy Kasię i Łukasza, którzy przebywali w szpitalu już około dwóch tygodni, gdyż jedna z dziewczynek ( Kasia urodziła bliźniaczki jednojajowe ) miała w organizmie tylko 20% krwi i musiała leżeć na OIOM-ie. Bardzo mili ludzie, cieszyliśmy się z takich współtowarzyszy w pokoju dwuosobowym. Tego dnia Misia dostała jeszcze oczywiście pierwsze szczepionki, przeszła badanie ogólne oraz pierwsze karmienie. Tu kolejna uwaga - kobieta leży wymęczona w łóżku, mąż chce zawieźć noworodka do badania - i co? Wypychają go z sali dla noworodków, gdyż to matka ma przyjść z dzieckiem, bo "to matka będzie się nim w przyszłości zajmowała". Pozostawię to bez komentarza. Następnego dnia, 14 lutego, szpitalem wstrząsnęła wiadomość, że w sąsiednim "Żeromskim", jednej z matek ukradziono noworodka. Był to główny temat rozmów w godzinach porannych. Później przyjechała telewizja i poprosiła Żanetę o wypowiedzenie się na temat zdarzenia w pobliskim szpitalu. Żaneta, obyta z kamerą, nie miała z tym najmniejszych problemów. Myśleliśmy, że już nic złego nas nie spotka, jednak tego dnia przeżyliśmy bardzo ciężkie chwile, o których pisałem Wam w poście: "Nie mam sił". Tego dnia Michalinka, pomimo ciężkich przeżyć, utrzymywała przez chwilkę główkę i delikatnie podnosiła ją w pozycji pionowej. Dzień później, 15 lutego, o godzinie 15.15 zostaliśmy "wypuszczeni na wolność". Ale godzinę wcześniej wzięto Michalinkę na badania i pobrano Jej krew z głowy, nawet nas o tym nie informując. Ok. 17.00 byliśmy w naszym mieszkaniu, płacząc ze szczęścia, że już jesteśmy razem "u siebie"... Tego dnia Michalinka zaczęła się uśmiechać przez sen, marszczyć czoło, robić minki, przewracać oczami. Gdy puściliśmy jej pozytywkę, próbowała łapać za sznurki, a przy zmienianiu pieluszki zrobiła się bardzo spokojna.

Zapewne wielu z czytelników powie, że jechaliśmy tak daleko, a przecież w Katowicach są na pewno dobre szpitale. Tak, są. Ale my mieliśmy ten czas spędzić razem, a nie osobno. Na Raciborskiej poród rodzinny kończy się kilkadziesiąt minut po narodzinach i przez następne trzy dni ojciec dziecka może odwiedzać żonę tylko przez dwie, maksymalnie trzy godziny. A teraz jest okres grypowy - więc odwiedziny zostały wstrzymane. My w dalszym ciągu tego nie rozumiemy, jak ojciec dziecka może nie mieć zagwarantowanego, bezpłatnego prawa do pobytu z żoną i dzieckiem? Żaneta powiedziała, że moja obecność pomogła Jej urodzić - nie dałaby rady, nie wyzwoliłaby z siebie tyle energii, gdyby nie moje słowa i wsparcie. Bardzo ważna była też dla Niej moja obecność po porodzie. Cieszę się z tego, ale dlaczego musieliśmy jechać aż do Krakowa? Mogliśmy oczywiście objechać wszystkie szpitale na Śląsku, w każdym zadać kilkanaście pytań i wybrać. My jednak oparliśmy się na opiniach internautek, które rodziły w szpitalach i dlatego wybór padł na Ujastek w Krakowie. Czy jesteśmy zadowoleni? Odpowiem następująco: szpital sam w sobie jest nowoczesny, sale są w większości odnowione, w każdej jest TV plazmowy, na korytarzu jest laptop - za czystość i wystrój należą się więc słowa uznania. Natomiast w każdym szpitalu zdarzają się też mniejsze lub większe "usterki". Tu są nimi ci mniej sympatyczni pracownicy. Dodatkowo w Ujastku chce rodzić bardzo wiele kobiet ( 12 lutego na przykład -  w Ujastku dokonano 16 cesarskich cięć, a w jednej chwili 9 kobiet na raz rodziło siłami natury, w samym styczniu wykonano ponad 300 porodów ), co niestety urzeczywistnia myśl - ten szpital jest tak dobry, że aż zły ( wszyscy tam chcą rodzić - w niektórych dniach robi się masówka ).  Ale na dzień dzisiejszy, nie znamy w promieniu 100 km lepszego. Więc zadowoleni jesteśmy - i to nawet bardzo. Najważniejsze, że mamy zdrową córeczkę, na którą czekaliśmy tak długo.
 Podejrzewamy, że w każdym innym szpitalu, poród Michalinki zakończyłby się cesarskim cięciem, chyba, że napotkalibyśmy inną "Panią Mariolę".

Stawiamy pytania:
- dlaczego opieka medyczna tak bardzo różni się w poszczególnych województwach, mało tego różni się w sąsiednich szpitalach!?
- dlaczego wśród wykwalifikowanego personelu znajdują się osoby, nie mające podejścia do pacjenta? Przecież wiadomym jest, że inaczej do porodu podchodzi kobieta rodząca po raz n-ty, a inaczej ta, która nie miała jeszcze takiej "przyjemności"
- dlaczego w Polsce tak wyglądają porody rodzinne? Czy ojciec dziecka ma być tylko dawcą nasienia oraz karcącą reką w późniejszym wieku dziecka?
- dlaczego jeżeli szpital jest przepełniony, to wciska się rodzące kobiety do sal nie przypominajacych wyglądem tych ze zdjęć, którymi szczycą się szpitalne "władze"?
- dlaczego poród rodzinny nie trwa od początku do końca pobytu w szpitalu rodzącej?
- dlaczego podczas porodu rodzinnego, mąż nie może pomagać żonie w czynnościach higienicznych? Czy pomyślał ktoś, co czuje kobieta, która nosi w sobie 3 - 5 kg dziecko, ma bóle porodowe i ma prikaz umycia się pod prysznicem?
- dlaczego robi się dzieciom badania, nie infromując rodziców o rodzaju badań i miejscu pobierania krwi?
- dlaczego wiele szpitali jest w tak złych warunkach sanitarnych? ( proszę poczytać fora internetowe )
- czy ktoś kontroluje ile biorą szpitale, by wyrazić zgodę na cesarskie cięcie?
- dlaczego tylko za pieniądze można sobie kupić prawo do godnego porodu?
Jeszcze raz pragniemy podkreślić - ogólnie ze szpitala na Ujastku w Krakowie jesteśmy BARDZO zadowoleni. Nie podoba się nam: stan prawny dla porodów rodzinnych ( czytaj- wyciąganie kasy za pobyt osoby towarzyszącej przez całą dobę w szpitalu ) oraz pojedyncze osoby, nie mające podejścia do pacjenta.

Dziękujemy wszystkim, za ciepłe komentarze i e-maile. To miłe wrócić do domu i zobaczyć, że są osoby, które nam dobrze życzą. Pozdrawiamy!
Aha. Tosiu - całuski od Misi :P
Tata Adam

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz