Wszystkie posty oraz zdjęcia w postach na tym blogu są naszą własnością! Nie wyrażamy zgody na kopiowanie, przetwarzanie i rozpowszechnianie tych materiałów w całości lub w części bez naszej zgody. W wypadku naruszenia praw autorskich, na podstawie art. 78, art.81 Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994 r. Dz. U. 1994, nr 24, poz. 83, tekst jednolity: Dz. U. 2006, nr 90, poz. 631, sprawa zostanie skierowana do odpowiednich organów.

czwartek, 5 lutego 2009

Czekaj czyli terapia śmiechem

Ostatnie badanie usg przed narodzinami Michalinki zapamiętamy do końca życia.
Zaczęło się od żelu. Pani Romana ( imię lekarki ) poleciła na "dzień dobry" zsunąć dolną część ubioru o około 20 cm. Nie rozumieliśmy dlaczego - przecież to miało być usg przez powłoki brzuszne. Po chwili wszystko stało się jasne. Pani Romana wycisnęła z półlitrowej butelki wypełnionej żelem ponad połowę jej zawartości, tworząc na brzuchu Żanety niezłej wysokości papkę. W trakcie nakładania żelu jeszcze dwukrotnie nakazywała obniżenie spodni oraz bielizny, tak, żeby ich nie zabrudzić - ostatecznie znalazły się na wysokości kolan. Warto nadmienić, że nie zapobiegło to dostaniu się żelu na spodnie, ścianę gabinetu oraz twarz mojej żony. To nie było śmieszne - to było komiczne. Ale najlepsze miało dopiero nadejść.
Niestety nie będziemy potrafili słowami opisać tego, co działo się w gabinecie, gdyż żadne słowa nie oddadzą atmosfery tamtej chwili. Spróbujcie sobie wyobrazić - leży kobieta do połowy rozebrana, ma 0,3 l żelu na sobie i trochę na ubraniu ( gratis ), a lekarka badając zaczyna opisywać:
- "Tu jest jedna ręka, tu noga. Czekaj. Najpierw zmierzymy kość udową laski. Czekaj, czekaj. Trochę słabo widać. Czekaj, czekaj, czekaj..."
Dobrze, że lekarka patrzyła w monitor i nie widziała naszych min. Gdy wyraz "czekaj" wybrzmiał po raz 30-ty lub 40-ty, nie wytrzymałem - wybuchnąłem śmiechem. Żaneta widząc moją reakcję, też zaczęła się śmiać. Ale żeby wybrnąć z sytuacji powiedziała: "Ale Misia się rusza. Zawsze kiedy jest badanie". Pani Romana kontynuowała:
- "Nie śmiej się kotku. Czekaj. Tu jest łepetynka, a tu druga rączka. Czekaj, czekaj, czekaj".
Łepetynkę widziałem, ale rączkę? Chciałem powiedzieć, że nic nie widzę, ale nawet nie zdążyłem się odezwać, gdyż Pani Romana stwierdziła:
- "Czekaj, czekaj. Zmierzymy obwód brzucha laski. Czekaj, czekaj. No tak, rodzice potężni, policzki u obu chomikowate, więc dziecko ma też brzuszek z pokaźnym tłuszczykiem. Ledwo co widać. Czekaj, czekaj".
Prawie wybuchnąłem po raz kolejny śmiechem, krzycząc, że nigdzie nie wychodzimy, bo jakby to wyglądało? A wyobraźnia działała. Moje "trzecie oko" już widziało, jak wybiegamy z gabinetu tak jak jesteśmy w tym momencie, a Pani Romana woła za nami: "Czekaj, czekaj, czekaj".
Udało mi się powstrzymać wybuch śmiechu i tylko z radosną miną zapytałem, czy dziecko będzie duże?
- "Ogromne - odpowiedziała lekarka - Z Pani, bez urazy, też jest maszyna".
Po 5 minutach szliśmy już ulicą i śmialiśmy się bez przerwy, nie umiejąc zahamować ataku głupawki. Musieliśmy dziwnie wyglądać, gdyż niektórzy ludzie się za nami oglądali. Dopiero, gdy Misia zaczęła naciskać na pęcherz moczowy Żanety, z obawy przed niekontrolowaną czynnością fizjologiczną, udało się nam uspokoić.
Dodam, że owe ogromne według Pani Romany dziecko, na 9 dni przed planowym terminem porodu, ma 3800 gram. Koszt badania wyniósł 100 złotych, ale za taką komedię warto było zapłacić każde pieniądze. W końcu śmiech to zdrowie, a po to przecież chodzi się do lekarza...
Tata Adam

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz